sobota, 29 grudnia 2012

50 twarzy Greya - Erika Leonard


Tytuł: 50 twarzy Greya
Autor: Erika Leonard
Liczba stron: 608
Wydawnictwo: Sonia Draga


Okładka mówi:
Hipnotyczna, uzależniająca, iskrząca seksem i erotyką powieść, której nie sposób odłożyć.
Studentka literatury Anastasia Steele przeprowadza wywiad z młodym przedsiębiorcą Christianem Greyem. Niezwykle przystojny i błyskotliwy mężczyzna budzi w młodej dziewczynie szereg sprzecznych emocji. Fascynuje ją, onieśmiela, a nawet budzi strach. Przekonana, że ich spotkania nie należało do udanych, próbuje o nim zapomnieć – tyle że on zjawia się w sklepie, w którym Ana pracuje, i prosi o drugie spotkanie.


Moja opinia:
Erika Leonard (znana jako E.L James) jest kierownikiem telewizyjnym, żoną oraz matką dwójki dzieci. Mieszka w Londynie. Od wczesnego dzieciństwa marzyła o pisaniu historii, które podbiją serca czytelników. Jednak musiała odłożyć te marzenia i skupić się na rodzinie i swojej karierze. W końcu zdobyła się na odwagę i napisała swoją pierwszą powieść, Fifty Shades of Grey.
„Czasami się zastanawiam, czy przypadkiem coś jest ze mną nie tak. Być może za dużo czasu spędzam w towarzystwie moich bohaterów literackich i, co za tym idzie, moje ideały i oczekiwania są zdecydowanie zbyt wysokie.”
O „pięćdziesięciu twarzach” słyszałam wcześniej całkiem sporo. Czytając różne blogi wiele razy natknęłam się na tę okładkę. Do tego – ciągle ktoś pytał mnie o zdanie na jej temat, postanowiłam więc w końcu zaryzykować i po raz pierwszy przeczytać coś w ciemno, z czystej ciekawości.
Cała historia rozpoczyna się dość niepozornie, w momencie gdy Anastasia Steele zjawia się w biurze młodego przedsiębiorcy Christiana Greya w celu przeprowadzenia z nim wywiadu. Robi to w zastępstwie za swoją współlokatorkę, która z powodu choroby nie mogła się tam udać. I tak oto ‘szczęśliwy’ przypadek stawia na drodze naszą dwójkę bohaterów. Od początku mojej przygody z tą powieścią zastanawiałam się cóż takiego może łączyć ją ze Zmierzchem. Odpowiedź dostałam szybciej, niż się spodziewałam – mianowicie już na jednej z pierwszych stron. Nasza główna bohaterka wchodząc do biura przewróciła się i w pięknym stylu wylądowała przed Christianem. Jak zapewne można się domyślić, już praktycznie od samego początku zasypywani jesteśmy wyjątkowo bogatymi opisami jego zewnętrznej urody. Młody, przystojny, intrygujący, tajemniczy, bogaty, uzdolniony muzycznie, lubujący się w zabawach sado-maso. A Anastasia? Kilka lat młodsza, kończąca studia, z zerowym doświadczeniem jeśli chodzi o związki i relacje z mężczyznami. Dość naiwna, w dodatku cierpi na rozdwojenie jaźni (tak, mam tu na myśli jej wewnętrzną boginię). Szybko angażuje się emocjonalnie w relację z Greyem, zakochuje się w nim. Ba, nawet podpisuje wyjątkowo dziwną umowę dotyczącą ich relacji! Swoją drogą ciekawi mnie, czy w normalnym świecie ktokolwiek byłby gotów podpisać coś takiego.
„Pozbywa się marynarki, rozwiązuje ciemny krawat i rzuca je na sofę. A potem bierze mnie w ramiona, przytula mocno, szybko chwyta mój kucyk, żeby odchylić mi głowę i całuje mnie tak, jakby od tego zależało jego życie.”
Powyższy cytat to jedynie przedsmak tego, co możemy znaleźć w całej powieści. I nie, wcale nie mam tu na myśli niczego pozytywnego, wręcz przeciwnie. Pocałunki, od których zależą życie? Wyjątkowo oklepany motyw powtarzany w bardzo wielu książkach.
Jeśli chodzi o styl autorki – cóż, wyżyny literackie z pewnością to nie są. Często pojawiają się powtórzenia, które mnie osobiście wyjątkowo drażnią. Dialogi są dość słabe, płaskie. Narracja pierwszoosobowa również nie do końca przemawia na korzyść „pięćdziesięciu twarzy”, bo w końcu ileż można czytać przemyśleń Any zanim człowiek się zdenerwuje? W moim przypadku odpowiedź jest prosta, niewiele. A już prawdziwą wisienką na torcie są tu przekleństwa! Nie wiem sama czy to wina tłumaczenia, czy też w oryginale autorka również używała takich udziwnień ale… Przez to powieść sporo traci, bo gdy człowiek przeczyta „O święty Barnabo” to zaczyna coraz bardziej wątpić w jakąkolwiek autentyczność historii. I czar pryska, po raz kolejny.
Podczas lektury przewracałam oczami przeciętnie kilka razy na stronę, ale stwierdziłam że skoro zaczęłam to nie mogę już odpuścić. Jeśli chodzi o same sceny erotyczne, które powinny być tu kluczowe? Również nie ma szału. Zero pobudzenia wyobraźni. Zero autentyczności. Możemy z pewnością dopisać to do jakże długiej listy rozczarowań.
„- Chodź, chcę ci pokazać mój pokój zabaw. Szczęka mi opadła. (...) Jasna cholera, to brzmi tak… gorąco. Ale dlaczego pokój zabaw? Jestem zmieszana. - Chcesz pograć na swoim Xboxie?- Zaczyna się głośno śmiać. - Nie, Anastasio, nie na Xboxie, nie na Playstation. Chodź.- Wstaje i wyciąga do mnie rękę.”
Książka wizualnie nie wygląda źle, okładka przedstawia szary krawat o którym możemy nieco poczytać. Zadziwia mnie jednak ten wielki szum, który wokół niej panuje – nawet w mojej ulubionej księgarni leży obecnie na półce z bestsellerami przy zaszczytnym numerze jeden. Co więc ludzi tak bardzo do niej przyciągam? Myślę, że to historia tej naiwnej dziewczyny. Wszyscy chcą się przekonać jakie będzie zakończenie, chcą wiedzieć czy typowy niezależny facet zmieni się dla dziewczyny. Bo czy nie każda z nas chciałaby, aby to właśnie dzięki niej jakiś facet zamienił się z kogoś takiego w kochającego mężczyznę?
„Opłakuję coś, czego nigdy nie miałam. Co za absurd. Rozpacz z powodu przeklętych nadziei, przeklętych marzeń i oczekiwań.
Reasumując, nie jestem pewna tego czy książka jest warta przeczytania. Zbyt wiele wynieść z niej nie można, choć jeśli ktoś liczy na całkowite odstresowanie się przy czymś wyjątkowo niewymagającym – czemu nie.

Ocena: 3/10

piątek, 28 grudnia 2012

Trzy metry nad niebem - Federico Moccia


Tytuł: Trzy metry nad niebem
Autor: Federico Moccia
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Muza

Okładka mówi: Szesnastoletnia Babi, dziewczyna, z tak zwanego dobrego domu, świetna uczennica i przykładna córka, na skutek pogmatwanego splotu przypadków, poznaje Stepa, agresywnego chuligana, którego życie składa się z ćwiczeń na siłowni, wyścigów na motorze i bezsensownych bijatyk.

Moja opinia:
Federico Moccia, ur. w 1963 roku w Rzymie, pracuje jako scenarzysta filmowy i telewizyjny. Jego pierwsza powieść "Trzy metry nad niebem" odniosła we Włoszech niebywały sukces i stała się książką kultową. Tylko w 2004 roku miała pięć dodruków i na jej podstawie zrealizowano cieszący się dużą popularnością film. Za "Trzy metry nad niebem" Moccia zdobył nagrodę Premio Torre di Castruccio, w kategorii Narrativa 2004 oraz Premio Insula Romana, w kategorii młodzi dorośli 2004. Jego powieści zostały sprzedane do wszystkich krajów europejskich (od Portugalii po Rosję), do Japonii i Brazylii.
Pierwsze spotkanie z tym autorem miałam już za sobą i z pewnością można było nazwać je udanym. Widząc więc tę książkę na promocji w księgarni – bez większego wahania wzięłam ją z półki i pobiegłam do kasy. Od razu zobaczyć możemy, że nie jest ona zbyt obszerna, no przynajmniej w moim odczuciu.
Główną bohaterką jest Babi, wzorowa, spokojna dziewczyna pochodząca z dość dobrego domu. Jej dotychczas spokojne życie zmienia się w momencie, gdy na jej drodze staje Step. On z kolei skrajnie różni się od dziewczyny. Jego życie pełne jest przemocy, agresji, kłopotów. Mimo tych wszystkich różnic, które dzielą ich niczym mór – zakochują się w sobie bez pamięci. W tej historii jest coś wyjątkowego, niecodziennego.
Styl autora jest bardzo przyjemny, ciekawy i wciągający przede wszystkim. Dialogi są z pewnością mocną stroną tej powieści. Podczas czytania napotkać możemy wiele momentów, które wywoływać mogą uśmiech na naszych twarzach.
„- Jestem szczęśliwa. Nigdy w całym moim życiu nie czułam się tak dobrze. A ty?
- Ja? – przytula ją do siebie – ja czuję się znakomicie.
- Tak, że mógłbyś palcem dotknąć nieba?
- Nie, nie tak.
– Jak to, nie tak?
- O wiele wyżej. Co najmniej trzy metry nad niebem.”

Oprócz wątku pięknej miłości pojawia się również smutna wizja tego, jak może ona wyglądać. Dużo dłużej trwa tu wszystko to, co ma miejsce przed rozpoczęciem związku głównych bohaterów. Później wszystko toczy się już bardzo szybko i kończy w zaskakującym momencie.
Oprócz Stepa I Babi w „Trzy metry nad niebem” przewija się bardzo wiele drugoplanowych postaci, oraz całkiem sporo wątków pobocznych. Nie wiem czemu, acz główny bohater płci męskiej nie przypadł mi do gustu, zapewne przez wzgląd na to że w realnym życiu nie darzę jemu podobnych zbyt wielką sympatią. Sprawa podobnie ma się odnośnie Babi.
Jeśli chodzi o jakiekolwiek błędy oraz literówki - nie dopatrzyłam się chyba żadnego. Szata graficzna jest całkiem przyzwoita, choć przywodzi ona na myśl bardzo optymistyczną, cukierkową historię.
Podsumowując – jest to powieść ciekawa, wciągająca i momentami zabawna. Uczucie jakie połączyło tę dwójkę bez wątpienia można nazwać wyjątkowym. Coś jednak nie pozwala mi do końca rozpływać się w zachwytach nad tą historią, może to kwestia tego iż… jestem ‘za stara’. Polecam ją wszystkim fanom autora i nie tylko, na pewno się nie zawiedziecie.
„Nagle zdajesz sobie sprawę, że wszystko się skończyło. Naprawdę. Nie ma już powrotu. Czujesz to. I próbujesz zapamiętać, w którym momencie to wszystko się zaczęło. I odkrywasz, że zaczęło się wcześniej niż myślisz. Długo wcześniej. I to w tej chwili zdajesz sobie sprawę, że to wszystko zdarzyło się tylko raz. I nieważne jak bardzo się starasz, nigdy nie poczujesz się taki sam. Nie będziesz już nigdy czuć się jak trzy metry nad niebem...”

Ocena: 7/10

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych świąt dla wszystkich moli książkowych!

Witajcie kochani!
Z okazji nadchodzących świąt Bożego narodzenia chciałabym życzyć Wam przede wszystkim dużo zdrowia, szczęścia, ciepła rodzinnego, sukcesów w życiu zarówno szkolnym, zawodowym jak i osobistym! Dużo miłości, spełnienia najskrytszych marzeń, cudownych ludzi napotykanych na swojej drodze każdego dnia, świetnie spędzonego sylwestra oraz przede wszystkim... Dużo książek do przeczytania! ;)
Przy okazji chciałabym również bardzo przeprosić Was za tak długi okres milczenia na blogu. Miałam dość burzliwy okres w życiu, jeśli można w ten sposób to określić. Niedługo pojawią się dwie recenzje, muszę w końcu przegrać je tylko z pendrive'a którego niezmiennie od trzech tygodni noszę w torbie. W tym czasie nadrabiałam zaległości szkolne i artystyczne (tak, w końcu zabrałam się za akwarele! Póki co średnio mi idzie, ale jak tylko namaluję coś godnego uwagi to od razu się Wam pochwalę ;>). Jeśli chodzi o książki - jestem w trakcie ostatniej części Szeptem i w końcu z czystej ciekawości sięgnęłam po 50 Twarzy Greya o której tyle można było ostatnio usłyszeć - jakie są moje wrażenia? Dowiecie się już niedługo! ;)
Na koniec 'podzielę się' z Wami piosenką, która od kilku dni ciągle chodzi po mojej głowie.
Jeszcze raz - wesołych świąt! ;)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Liebster blog razy dwa

,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."
Za nominowanie serdecznie dziękuję Trinity oraz Natashy .  Zabawa ta wydaje mi się całkiem ciekawa, dlatego też zdecydowałam się wziąć w niej udział! Oto i moje odpowiedzi :

1. Jaką umiejętność chciałabyś nabyć?
Chciałabym latać! I nie wiem, czy można to podciągnąć pod umiejętności - ale chciałabym móc porozmawiać jeszcze chociaż raz z osobami, które już odeszły z tego świata.

2. Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Nie wierzę. Dla mnie miłość jest uczuciem, które budzi się raczej stopniowo. Po dłuższym i głębszym poznaniu drugiej osoby.

3. Co jest Twoim ulubionym daniem?
Spagetti!

4. Jakiej cechy charakteru najbardziej w sobie nie lubisz?
No nie wiem. Chyba nadmiernej sarkastyczności.

5. Wybaczyłabyś zdradę facetowi?
Nie.

6. Co najbardziej cenisz u płci przeciwnej?
 Poczucie humoru, oraz swego rodzaju prostolinijność (choć to nie tyczy się wszystkich).
7. Na jak poważne i wielkie poświęcenie bliskiej osobie byłabyś zdolna?
Na dość duże, ale to zależy też od powodu oraz od osoby dla jakiej bym to robiła.
8. Pomogłabyś swojemu największemu wrogowi w ciężkiej sytuacji?
Nie sądzę.

9. Jaki jest Twój ulubiony cytat?

„To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.”
   
10. Częściej kierujesz się sercem czy rozumem?
Chyba jednak sercem.

11. Czy istnieje książka, która zmieniła Twoje spojrzenie na życie?
Szczerze mówiąc - jeszcze nie trafiłam na taką książkę, a szkoda.
I teraz kolejna porcja odpowiedzi : 
1. Jaka jest Twoja ulubiona ksiazka?
Miasto Kości, Dziady, Harry Potter.

2. Z jakim autorem chcialbys sie spotkac?
Z Mickiewiczem! 

3. Czy lubisz książki podróżnicze? Jaki kraj najbardziej chcialabys odwiedzic? 
Ciężko mi powiedzieć, czy je lubię gdyż jeszcze żadnej nie czytałam. A chciałabym odwiedzić : Rosję, Norwegię, Szwecję, Nową Zelandię, Japonię, Czechy (znów!).

4. Jakie jest Twoje zdanie na temat współpracy z wydawnictwami/portalami/autorami?
Cóż, myślę że to na pewno fajna sprawa! Więcej powiedzieć nie mogę, sama nigdy takiej współpracy nie nawiązałam. 
5. Ulubiony gatunek literacki?
Fantasy.
6. Co najbardziej cenisz sobie w blogosferze?
 Na pewno cenię sobie to, że dzięki blogom mogę dowiedzieć się o wielu ciekawych książkach! 

7. Ulubiony męski bohater literacki? :D
 Jace : >

8. Co myślisz o popularnych ostatnio książkach z zabarwieniem erotycznym? (m.in. Rozkosz nieujarzmiona, 50 twarzy Greya)
Nie mam zdania, ostatnio nieco wypadłam z 'obiegu' i o żadnej z nich nie słyszałam.
9. Po jaką książkę/gatunek literacki na pewno nie sięgniesz?
Jeśli chodzi o książki - nie sięgnę po kontynuacje 'Naznaczonej'. A co do gatunku - odpuszczę sobie horrory.
10. Co sądzić o audiobookach i ebookach?
Słuchając audiobooków nigdy nie mogę się skupić. A co do ebooków... Nie czytuję ich, gdyż moje oczy wtedy cierpią.
11.Jak widzisz przyszłość papierowych ksiazek, czy są zagrożone? Wypierane przez ebooki i audiobooki?
Cóż, może faktycznie zwykłe książki są zastępowane przez te 'nowoczesne' wynalazki. Myślę, że ostatecznie i tak 'powrócimy' do tych tradycyjnych. 

No dobrze, oto i moje odpowiedzi na 22 pytania. Przepraszam za ewentualną chaotyczność, ale jestem już dość zmęczona a czeka mnie wyjątkowo ciężki tydzień! Z tego co zauważyłam, w zabawie wzięły już udział wszystkie blogi jakie znam i obserwuję, tak więc nie widzę sensu w zapraszaniu innych po raz drugi...
Dziękuję więc jeszcze raz za zaproszenie do "Liebster blog" i życzę wszystkim miłego wieczoru!



środa, 31 października 2012

Stosik weekendowy

Dobry wieczór!
Na mojej półce czeka dość sporo pozycji, które w końcu muszę przeczytać. Ostatnio jednak w moje ręce trafiło kilka ciekawych pozycji, które przedstawia poniższe zdjęcie.
Od góry:
- Przebudzenie, Kelley Armstrong - przyjaciółka wypożyczyła to z biblioteki w dobroci swego serca ofiarowała tę powieść mi, stwierdzając iż w weekend i tak nie będzie miała czasu na czytanie.
- Odwet. jw.
- Głębia, Tricia Rayburn - Mam na nią wielką ochotę, mam nadzieję że się nie rozczaruję!
- Trzy metry nad niebiem, Federico Moccia - Kupiłam ją za dość niską cenę w księgarni na wyprzedaży. Oby spodobała mi się tak, jak poprzednie powieści tego autora!
I tym chciałabym zakończyć dzisiejszą jakże krótką notkę. Niebawem możecie spodziewać się recenzji.
A tymczasem życzę Wam miłego wieczoru!
Ostatnio naszło mnie na słuchanie coverów. Posłuchajcie tego!



niedziela, 28 października 2012

W szponach mrozu - Richelle Mead


Tytuł: W szponach mrozu
Autor: Richelle Mead
Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Nasza księgarnia

Okładka mówi:
Zuchwały atak strzyg na szanowaną rodzinę morojów wstrząsnął uczniami Akademii. Nadchodzi przerwa świąteczna i by zapomnieć o tragedii, wszyscy wyruszają do luksusowego kurortu narciarskiego. Rose jednak trudno myśleć o wakacjach. Do grona nauczycieli dołączyła legendarna strażniczka… jej matka. Na domiar złego Dymitr interesuje się inną kobietą, Mason nie ukrywa, że z chęcią zamieniłby przyjaźń na coś więcej, a tajemniczy i arogancki nieznajomy wpada na dziewczynę częściej, niżby sobie życzyła.

Moja opinia:

Scorpio Richelle Mead to pisząca dla New York Times i USA Today jedna z najlepszych autorek gatunku urban fantasy. Jej książki adresowane są zarówno dla dorosłych jak i młodzieży. Pochodzi z Michigan, obecnie jednak mieszka w Seattle gdzie pracuje nad nad swoimi trzema seriami. Zanim została pisarką próbowała kilku różnych ścieżek kariery.
Powieści autorstwa Richelle Mead trafiły w moje ręce dość przypadkowo. Pożyczyłam od razu dwie pierwsze części, mając nadzieję że przy nich miło spędzę czas oczekiwania. Pewna obaw zabrałam się za lekturę. I zaskoczyłam się – na szczęście pozytywnie.
Bohaterowie wciąż pozostają ci sami, przewija się jedynie kilka nowych, acz mniej znaczących postaci. Główną postacią i za razem narratorką powieści jest Rose Hathaway, siedemnastoletnia dziewczyna szkoląca się w zabijaniu strzyg oraz ochronie wampirów. Z najlepszą przyjaciółka łączy ją niezwykła więź. Jest również zakochana w niewłaściwym facecie, ponieważ ich związek nie mógłby zaistnieć. Muszę przyznać, że Rose jest postacią na tyle charakterną i ciekawą, iż od razu przypadła mi do gustu. Za to jej przyjaciółka, wręcz przeciwnie. Praktycznie od początku budziła we mnie pewną irytację.
„Pomyślałam, że nie można się zmusić do miłości. Albo jest, albo jej nie ma. Jeśli nie, trzeba umieć się do tego przyznać. A kiedy sie kogoś kocha, należy robić wszystko, żeby ten ktoś był szczęśliwy.”
Niezwykle zadowolił mnie rozwój relacji pomiędzy Rose a Dymitrem. Ich relacja to chyba jeden z ciekawszych wątków powieści. Szkoda tylko, że zakończenie było takie, a nie inne bo szczerze mówiąc – złamało mi serce.
Jeśli chodzi o styl i język – cóż, powieść jest przede wszystkim bardzo wciągająca. Czyta się ją miło, szybko i z wielką przyjemnością. Styl jest dość ciekawy, wydarzenia również brną do przodu w zaspokajającym tempie. Nie mamy czasu na nudę, acz wszystko nie dzieje się też za szybko.
Okładka jest mroczna, dość estetyczna acz z pewnością nie można powiedzieć, że jest wybitnie ładna. Bliżej jej ku przeciętności. W trakcie czytania nie wyłapałam żadnych literówek, co również jest dla mnie plusem. Cena z kolei mogłaby być o te kilka złotych niższa.
Reasumując – „W szponach mrozu” jest już drugą częścią  cyklu ,,Akademia Wampirów’’ i myślę, że dorównuje swojej poprzedniczce. Przez chwilę bałam się, że będzie gorsza – na szczęście miło się rozczarowałam. Powieść ta jest niezwykle przyjemna i z pewnością możemy spędzić przy niej kilka fajnych godzin. Co prawda nie wyniesiemy z niej czegoś więcej, acz myślę że mimo tego warta jest przeczytania.


Ocena: 7/10
                                                                                   ***
Pada śnieg, za oknem zaczyna się już robić biało... Czuć zimę. Weekend ten niestety nie należał do najlepszych. Oby wszystko się w końcu ułożyło! Na zakończenie tego dnia zostawiam Wam piosenkę, która urzekła mnie wręcz od pierwszego przesłuchania.

sobota, 20 października 2012

Małe podsumowanie ostatnich miesięcy, obiecane wrażenia z Pragi + kilka dodatkowych informacji






Witajcie!
Jak zapewne większość z Was już pewnie zauważyła - w ciągu ostatnich kilku miesięcy na moim blogu panowały małe pustki. Notki pojawiały się rzadko, a było to spowodowane głównie moimi wyjazdami szkolnymi, później wakacyjnymi. Teraz wszystko w moim życiu zaczyna powoli wracać do swojego dawnego rytmu - w tym również i częstotliwość pisania notek! Dziś zajmę się tym, co obiecałam Wam już dawno. Mam na myśli... Opis moich wrażeń, z wycieczki do Pragi ;) Odwlekałam tę notkę przez wzgląd na to, że nie byłam w posiadaniu dobrych zdjęć, które moja koleżanka miała mi wysłać jakieś dwa miesiące temu. Czekałam cierpliwie, jednak - jak ich nie było tak nie ma. Wrzucę więc moje osobiste zdjęcia robione telefonem, mam nadzieję, że wybaczycie mi kiepską jakość i brak zdolności fotograficznych. Gdybym wtedy wiedziała, że to jedyne pamiątki jakie zostaną mi po wycieczce - zapewniam, postarałabym się bardziej : >
 Zacznę może od samego początku. Wycieczka formalnie trwała cztery dni. Mianowicie, wyjechaliśmy nad ranem 22 maja we wtorek, a do domu wróciliśmy nad ranem w sobotę tego samego tygodnia. W Pradze spędziliśmy dwa całe dni, resztę zajęła nam podróż oraz zwiedzanie miasteczka w którym się zatrzymaliśmy (Bozkov). Po trwającej około 20 godzin podróży w końcu przekroczyliśmy granicę. Pierwsze co zauważyłam - większość dróg w Czechach prowadziła przez lasy, wszędzie było bardzo dużo zieleni. W sumie minęliśmy tylko trzy-cztery mniejsze miasteczka. Muszę jednak
przyznać, że otoczenie to niezwykle przypadło mi do gustu. W pewien sposób przypominało mi wręcz moje rodzime Bieszczady. Bozkov to miejscowość równie malownicza, co wcześniej opisana sceneria. Jest tam w sumie sporo pagórków i bardzo dużo zieleni - zresztą nie tylko tam, ale i w samej Pradze. Warunki wycieczki, jej poziom organizacji oraz moją własną ocenę pominę w tej opowieści - za to z pewnością wspomnę o tym młodszym rocznikom. Praga jest miastem, po pierwsze - ogromnym, a po drugie - PIĘKNYM. Zakochałam się w nim od samego początku mojego zwiedzania. Po prawej, oraz nieco wyżej teoretycznie możemy zobaczyć     
zmianę warty. Teoretycznie -  ponieważ niestety wszystko zasłonił mi tłum ludzi : ) Teraz niestety nie pamiętam już tak wielu ciekawostek, co tuż po powrocie do domu. Pierwszą rzeczą, która nieco mnie zdziwiła był fakt, że spora część dróg w mieście nie była pokryta asfaltem, a... Brukiem. Wszystkie deptaki, chodniki, pobocza - również. To jednak dodawało uroku, no przynajmniej według mnie. Jak również możecie zauważyć na powyższych zdjęciach - pogoda nam dopisała, może aż za bardzo. Było sporo ponad trzydzieści stopni, słońce w pełni - oczywiście nieco się przez to spaliłam.
 Jeśli chodzi o informacje przydatne dla wszystkich, którzy planują odwiedzić to jakże piękne miasto - na pewno warto wspomnieć co nieco o przeliczniku walut. Po pierwsze - wszystkie pieniądze lepiej wymienić jeszcze u nas w kraju. Czeski przelicznik dość znacznie różni się od naszego krajowego, więc całkiem dużo możemy stracić jeśli dopiero na miejscu wymienimy pieniądze. Kolejna sprawa tyczy się czegoś, co kobiety lubią najbardziej - tak drogie panie, mam na myśli zakupy. Jak możemy się domyślić - Praga to ogromne miasto, pełne różnych sklepów, galerii. Możemy tam również spotkać te same sieciówki, które działają w Polsce. Ciekawostką jest to, że na metkach mamy ceny w różnych walutach i zapłacić możemy złotówkami, ale tylko kartką. Przed tym również chcę Was przestrzec, bo jak wcześniej mówiłam - Czeski przelicznik jest inny niż nasz i możemy znów trochę stracić. Bardziej opłaca nam się robić zakupy za korony.
Podczas samego pobytu nieco zdziwiło mnie również to, że na ulicach częściej możemy usłyszeć język angielski, niemiecki czy chociażby polski - niż czeski. Natomiast z porozumieniem się z ludźmi na ulicy, czy w sklepach nie ma mniejszych problemów, choć odniosłam pewne wrażenie, że lepiej rozumiana byłam gdy mówiłam po polsku, niż po angielsku. Reasumując - z całego wyjazdu jestem jak najbardziej zadowolona, głównie dlatego że Praga wręcz podbiła moje serce. Rzadko kiedy doznaję takiego uczucia, wiem jednak, że na pewno jeszcze nie raz tam wrócę. I Was również zachęcam do odwiedzenia tego miejsca! : ) W ramach dodatkowej informacji wspomnę również, że będąc obok mostu Karola miałam okazję posłuchać występu rodziny podróżującej po europie, grającej koncerty. Zapoznajcie się z ich stroną! Naprawdę warto. BFFamily

Kolejnym elementem mojej dzisiejszej notki będzie również obiecane 'małe podsumowanie'. Póki co odpuszczam sobie te comiesięczne, ponieważ moje wyniki byłyby zbyt żenujące, by je publikować. Od ostatniego przeczytałam 15 książek, a zrecenzowałam następujące :
Beth Fantaskey - Przyrzeczeni
Amy Meredith - Cienie
Cat Patrick - Zapomniane
Lesley Livingston - Oddech nocy
Maggie Stiefvater - Ballada. Taniec mrocznych elfów
Claudia Gray - Powrót do Wiecznej Nocy
Isabel Abedi - Lucian
Richelle Mead - Akademia wampirów
Lauren Oliver - 7 razy dziś
Lisa Desrochers - Demony. Pokusa
A już niedługo pojawią się recenzje drugiej części Akademii Wampirów oraz Księżniczki Wampirów!

Chciałabym dodać również, że nie tak dawno mój blog obchodził swoją rocznicę, powstał fanpage, a na liczniku jakiś czas temu pojawiła się całkiem okrągła liczba - 10 tysięcy ;) Za pisanie zabrałam się głównie dlatego, że imponowali mi wszyscy, którzy pisali dobre recenzje i publikowali je gdzieś na łamach internetu. Zapragnęłam również to robić... Jak mi wychodzi? Pozostawiam to Waszej ocenie. Dziękuję jednak właśnie Wam wszystkim - tym, którzy odwiedzają i komentują mojego bloga, jesteście dla mnie wielką motywacją!

wtorek, 16 października 2012

Demony. Pokusa - Lisa Desrochers


Tytuł: Demony. Pokusa
Autor: Lisa Desrochers
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Dolnośląskie

Okładka mówi: Gdybyś musiała wybrać pomiędzy Niebem a Piekłem, co byś wybrała?
… Jesteś pewna? Frannie Cavanaugh to porządna dziewczyna, choć nie bez skazy. Zawsze trzymała wszystkich na dystans – nawet najbliższych przyjaciół – i wydaje się, że ostatni rok w liceum będzie taki sam… do chwili, gdy do jej klasy trafia Luc Cain.


Moja opinia: Lisa Desrochers mieszka w Kalifornii z mężem i córkami, z których starsza zainspirowała ją do napisania książek dla młodzieży. Autorka uwielbia niesamowite opowieści i częste podróże. Z wykształcenia jest doktorem fizykoterapii, toteż często wygłasza wykłady na temat ochrony zdrowia. Cykl książek pt. „Demony” to jej literacki debiut.
Nie słyszałam wcześniej nic zarówno o autorce jak i o samej powieści, myślę więc że nie sięgnęłabym po nią gdyby nie dość duża promocja w jednej z księgarni. Kupiłam ją bez większego zastanowienia i pełna obaw wciąż odwlekałam moment rozpoczęcia lektury. W końcu, po kilku miesiącach przeleżanych na mojej półce nadeszła na nią kolej.
Główną bohaterką i za razem jedną z narratorek powieści jest Frannie, czy raczej Mary Francis Cavanaugh. Jest ona z pozoru zwykłą nastolatką pochodzącą z bardzo religijnej, katolickiej rodziny. Jeśli jednak chodzi o ową religijność – nie jestem do końca przekonana, ponieważ jedyne co się tam odznacza to iście biblijne imiona wszystkich dzieci, oraz uczęszczanie na niedzielne msze. Obwinia się o śmierć brata. Nie wierzy w miłość, za to bardzo skupia się na fizycznej stronie kontaktów z płcią przeciwną. Zauważyłam u niej również pewną skłonność do zachwytów wszystkim co chodzi, żyje i jest facetem.
Kolejnym głównym bohaterem jest Luc, czyli Lucian Cain – demon przybywający na ziemię, by oznaczyć dla piekła duszę Frannie. Tysiące lat doświadczenia sprawiły, że stał się jednym z najlepszych w swoim fachu. Od razu można wyczuć, że oznaczanie dusz i sprowadzanie ludzi na złą drogę stanowi dla niego całkiem dobrą zabawę. Tym razem musi znów uczęszczać do szkoły, by ułatwić sobie wypełnienie zadania.
,,Jeśli istnieje piekło na ziemi, to na pewno jest nim liceum.”
Luc sam w sobie jest postacią przyjemną i dość ciekawą, choć rzuca się tu w oczy pewna schematyczność. Tatuaże, czarne ubrania, kolczyki, czerwone oczy… Czy to już nie nasuwa nam pewnych wniosków? No właśnie. Ma on jednak w sobie coś intrygującego, jest dość zabawny i na tle pozostałych postaci wypada całkiem dobrze. Praktycznie od początku był moim ulubieńcem, toteż podwójną przyjemnością było dla mnie czytanie rozdziałów pisanych z jego perspektywy.
Kolejnym bohaterem, który pojawia się prawie na samym początku jest Gabe – Gabriel. Już po przeczytaniu samego imienia, możemy domyślić się po której stronie mocy się opowiada. Niebieskie oczy, blond włosy, białe ubrania… Istne przeciwieństwo Luca. Nie odznacza się on jednak niczym szczególnym, zresztą tak jak i cała reszta bohaterów przewijających się przez powieść – są oni jedynie tłem.
Styl autorki nie jest zbyt wymagający, choć trzeba przyznać że wciąga czytelnika praktycznie od samego początku. Mamy całkiem sporo zabawnych momentów, co działa na korzyść powieści. Po drodze możemy też napotkać kilka wulgaryzmów, które według mnie są nieco zbędne. Język jest stylizowany na młodzieżowy, w tym jednak wypadku odniosło to oczekiwany efekt i nie wydaje się przerysowane, oraz wciśnięte na siłę na karty powieści.
Akcja rozwija się w zadowalającym tempie, nic nie dzieje się zbyt szybko, jednak nie mamy czasu na nudę.
Reasumując, jest to powieść całkiem przyjemna, idealna na odstresowanie się po ciężkim dniu i spędzenie kilku miłych godzin z bohaterami. Myślę, że jak na debiut autorki – nie jest najgorszej, a wręcz całkiem dobrze. Widać pewne oznaki schematyczności.
Polecam ją przede wszystkim tym, którzy chcą spędzić miło czas, nie szukają czegoś górnolotnego, są zainteresowani twórczością autorki bądź chcą zapoznać się ze wszystkimi powieściami w gatunku.

Ocena: 6/10

sobota, 13 października 2012

7 razy dziś - Lauren Oliver


Tytuł: 7 razy dzś
Autor: Lauren Oliver
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Otwarte

Okładka mówi: Co by było gdybyś miał tylko jeden dzień do przeżycia? Co byś zrobił? Kogo byś pocałował? I jak daleko byś się posunął, aby ocalić swoje życie?

Moja opinia:
Lauren Oliver ukończyła filozofię i literaturę na uniwersytecie w Chicago, potem przeprowadziła się do Nowego Jorku. Mieszka na Brooklynie, pisze wszędzie, ciągle i na wszystkim: i na notebooku, i na serwetkach. Poza tym uwielbia gotować, jest uzależniona od kawy i dodaje keczup do wszystkiego, nawet do kanapek z pomidorem.
Szczerze mówiąc, nie słyszałam zbyt wiele o autorce aż do momentu, gdy jej powieść trafiła w moje ręce. Obiło mi się wcześniej o uszy co nieco na temat książki, nie zainteresowała mnie ona jednak na tyle, bym po nią sięgnęła. W końcu skusiłam się jednak, widząc ją w księgarni na przecenie do kupienia za grosze.
Główną bohaterką powieści jest Sam Kingston, wiodąca z pozoru idealne wręcz życie. Ma wszystko o czym tylko przeciętna nastolatka może marzyć. Trzy wspaniałe przyjaciółki, chłopaka, dobry dom, popularność… Porządek w jej życiu znika jednak na dobre 12 lutego. Bo to właśnie tego dnia dzieje się coś strasznego. I to właśnie ten dzień będzie musiała przeżywać na nowo siedem razy.
Całość fabuły z pozoru nie wydaje się zbyt ambitna. Muszę przyznać, że charakter zarówno Sam jak i jej przyjaciółek nie do końca przypadł mi do gustu. Nie przepadam za takimi dziewczynami w normalnych kontaktach, a już tym bardziej na kartach powieści. Większość postaci jest jednak zbudowana w sposób ciekawy, wielowymiarowy. Każda z dziewczyn ma swoje przeżycia, problemy, sekrety i rzeczy z którymi się zmaga. Moje wielkie współczucie praktycznie od początku budziła Juliet. Bo w końcu któż z nas w swoim życiu choć raz nie padł ofiarą żartów samozwańczej szkolnej elity?
„Może dla ciebie jest jakieś jutro. Może dla ciebie istnieje tysiąc kolejnych dni albo trzy tysiące, albo dziesięć- tyle czasu, że możesz się w nim zanurzyć, taplać do woli, że możesz pozwolić by przesypywał ci się przez palce jak monety. Tyle czasu, że możesz go zmarnować
Dalsze wydarzenia pokazują nam przede wszystkim walkę o zakończenie tego ostatniego dnia w dobry sposób. Dają szansę, na naprawienie życiowych błędów przynajmniej w małym stopniu.
„Niebo akurat wygląda dokładnie tak samo. Pewnie na tym polega cała tajemnica, kiedy próbuje się wrócić do przeszłości. Trzeba spojrzeć w górę.”
Prawda zawarta w powyższym cytacie wyjątkowo do mnie trafiła. Wszystko to wiązało się z wielką chęcią odwiedzenia dawnych miejsc z dziecinnych wspomnień bohaterki. Wszystko jednak się zmienia, czy tego chcemy czy nie. Czasem tylko niebo zostaje takie samo.
„Ale kiedy noc się zaczyna, wszystko jest możliwe.”
Język i styl są raczej przystępne i łatwe w odbiorze. Tekst nie wymaga od nas większego wysiłku przy zrozumieniu. Z pewnością będzie zrozumiały dla każdego. Powieść na tle innych wypada całkiem dobrze. Nie spotkałam się wcześniej z podobny wątkiem, który muszę przyznać – jest bardzo ciekawy. Bo w końcu, kto z nas wiedząc, że może naprawić coś w swoim życiu – nie przyjąłby takiej ostatniej szansy? Perspektywa ta wydaje się kusząca i smutna jednocześnie. Pokazuje nam też w pewien sposób, jak bardzo życie innych zależy od naszego i że nigdy nie jest za późno na naprawienie naszych błędów.
„Nadzieja trzyma przy życiu. Nawet po śmierci jest to jedyna rzecz, która trzyma przy życiu.”

Ocena:  7/10

niedziela, 23 września 2012

Akademia wampirów - Richelle Mead


Tytuł: Akademia wampirów
Autor: Richelle Mead
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Nasza księgarnia

Okładka mówi: W szkole imienia świętego Władimira wampiry czystej krwi – moroje – uczą się posługiwać swoimi nadnaturalnymi darami, a mieszańce – dampiry – szkolą się na ich opiekunów i oddanych strażników. Posępne mury kryją jednak więcej mrocznych tajemnic, niż można by podejrzewać. Lissie Dragomir, morojce ze szlachetnego rodu, grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy dampirka Rose, połączona z nią telepatyczną więzią, zdoła ochronić przyjaciółkę?

Moja opinia:
Scorpio Richelle Mead to pisząca dla New York Times i USA Today jedna z najlepszych autorek gatunku urban fantasy. Jej książki adresowane są zarówno dla dorosłych jak i młodzieży. Pochodzi z Michigan, obecnie jednak mieszka w Seattle gdzie pracuje nad nad swoimi trzema seriami. Zanim została pisarką próbowała kilku różnych ścieżek kariery.
O powieści tej pierwszy raz usłyszałam już dość dawno temu, nie zainteresowała mnie jednak wtedy na tyle, bym ją kupiła czy chociażby wzięła w swe ręce i przeczytała. Stwierdziłam, że pewnie znów spotkam w niej doskonale mi znane i wciąż odgrzewane na nowo schematy, odłożyłam więc jej lekturę na czas nieokreślony. Dopiero na tegorocznych wakacjach zostałam do niej zachęcona przez mojego zaufanego doradcę i dostałam od razu dwie części. Pełna obaw zabrałam się za czytanie.
„Ludzie, którzy są szaleni rzadko zastanawiają się nad tym, czy są szaleni.”
Głównymi bohaterkami są Lissie Drogomir, morojka ze szlachetnego rodu, oraz Rose, dampirka i za razem jej najlepsza przyjaciółka. Poznajemy je w momencie, gdy zostają złapane przez wysłanników z akademii imienia świętego Władimira z której to uciekły wcześniej w dość spektakularny sposób. Siłą zostają tam sprowadzone i znów muszą dostosować się do panujących reguł.
Jednym z najważniejszych wątków całej powieści, jest niezwykła więź łącząca ze sobą dziewczyny. Budzi ona powszechne zainteresowanie i naraża je na niebezpieczeństwo ze strony wszystkich, którzy chcieliby ją wykorzystać w niekoniecznie chwalebny sposób. Musze przyznać, iż jest to wątek dość ciekawy z którym nie spotkałam się wcześniej w żadnej innej powieści, a przeczytałam ich dość dużo.
Niewątpliwą zaletą są tu bardzo ciekawi bohaterowie. Ciekawi, różni, pełni indywidualnych i wyróżniających ich cech. Praktycznie od samego początku moją faworytką została Rose, żywiołowa, odważna, wybuchowa dziewczyna którą cechował również ostry język i wyjątkowe oddanie w stosunku do przyjaciółki. Kolejną postacią do której zapałałam bezwarunkową sympatią jest Dymitr Bielikow, strażnik który bez wątpienia ma w sobie to coś. Jak możemy się domyślać, między dwójką tych bohaterów zaczyna się coś dziać. Z niecierpliwością czekam na rozwój wydarzeń i kibicuję ich związkowi, myślę jednak że na to będziemy musieli trochę poczekać.
„Mężczyzna musiałby posiąść sztukę czytania w myślach, chcąc tę swoją wybraną uszczęśliwić.”
Styl autorki jest ciekawy, wciągający. Podczas czytania nie nudziłam się ani przez chwilę. Kilkukrotnie na mej twarzy zagościł uśmiech, muszę przyznać iż trafia do mnie poczucie humoru Richelle Mead.
„Największe rewolucje odbywają się w ciszy i w cieniu.”
Na tle innych powieści wypada całkiem dobrze, pomimo iż nie jest dziełem wybitnym. Mimo wszystko jednak należy do najbardziej interesujących i ciekawie napisanych książek z jakimi ostatnio miałam styczność.
Okładka jest całkiem przyzwoita, jednak widniejąca na niej dziewczyna przywodzi mi na myśl płytką opowieść dla nastolatek. Ilustracji książka nie posiada, nie mogę więc ich ocenić. Cena jak dla mnie jest adekwatna do objętości, choć mogłaby być trochę niższa. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to podpinanie się pod sukces Zmierzchu. Na tyle okładki możemy znaleźć zdanie, które zapewnia nas o tym, iż Akademię Wampirów pokochali fani wyżej wymienionej powieści. Cóż. Pozostawię to bez komentarze.
Myślę, że powieść ta z pewnością jest warta przeczytania, z czystym sumieniem więc polecam ją wszystkim, którzy szukają czegoś ciekawego, wahają się przed przeczytaniem lub nie mieli jeszcze styczności z twórczością Richelle Mead.

 Ocena: 8/10

wtorek, 18 września 2012

Lucian - Isabel Abedi


Tytuł: Lucian
Autor: Isabel Abedi
Liczba stron: 528
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Okładka mówi: - Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że Lucian może… nie być człowiekiem?
Spuściłam wzrok.
- Nie - wyszeptałam. Pomyślałam jednak: "Tak".
Lucian nie ma przeszłości. Ma za to niepokojące sny – o nieznanej, ale bardzo mu drogiej dziewczynie. Rebeka od pierwszego spotkania czuje, że coś ją ciągnie do tego dziwnego chłopaka. Oboje rozpaczliwie próbują uwolnić się od siebie, lecz łącząca ich więź okazuje się zbyt silna. Zresztą czy na pewno tego właśnie pragną?
Przejmująca opowieść o przeznaczeniu, miłości i poświęceniu. Po prostu magiczna.


Moja opinia:
Isabel Abedi urodziła się w Monachium, a wychowała w Düsseldorfie. Po maturze wyjechała na rok do Los Angeles, gdzie pracowała jako opiekunka do dzieci i praktykantka przy produkcji filmów. W Hamburgu zdobyła wykształcenie jako copywriter i w tym zawodzie pracowała przez 13 lat, marzyła jednak o tym, aby na życie zarabiać pisaniem książek dla dzieci.
O powieści autorstwa Isabel Abedi słyszałam wcześniej sporo dobrego i przez dość długi czas miałam ją w planach. Niezwykle ucieszyłam się na wieść, iż „Lucian” jest w mojej bibliotece. Pełna entuzjazmu czym prędzej więc po nią pobiegłam i tuż po powrocie do domu zabrałam się za czytanie.
Główną bohaterką i za razem narratorką powieści jest Rebeka Wolff, nastoletnia dziewczyna mieszkająca ze swoją matką i jej życiową partnerką w Niemczech. Jej ojciec mieszka na stałe w Ameryce, gdzie ułożył sobie życie z inną kobietą. Na samym początku naszej przygody z „Lucianem” mamy również okazję przeczytać co nieco o Suse, najlepszej przyjaciółce Rebeki oraz o Sebastianie, chłopaku żywiącym do niej wyższe uczucia. Niestety, nieodwzajemnione.
„Są w życiu rzeczy, o które trzeba walczyć, ponieważ czas, jaki na nie zostaje, niekiedy jest krótszy, niż sądzimy.”
Już od samego początku autorka pozytywnie mnie zaskoczyła. Często podczas czytania zniechęcamy się do danej powieści przez opisy, które bywają nudne, nieciekawe, rozwlekłe i czasem niepotrzebne. Tutaj mamy wręcz coś dokładnie odwrotnego. Całość jest niesamowicie wciągająca, ciekawie zostają przedstawione nawet najdrobniejsze szczegóły i muszę powiedzieć, że czyta się to bardzo przyjemnie. Książka pomimo swej jakże dużej objętości nie nuży czytelnika ani przez sekundę.
Język i styl jest raczej przystępny, prosty i z pewnością zrozumiały dla każdego. Nie mamy tutaj bogactwa wyszukanych słów, mimo to jednak całość jest bardzo interesująca.
Autorka zaskoczyła mnie kilkoma wątkami w swojej powieści. Sięgając po „Luciana” byłam święcie przekonana o tym, że jest to kolejna nieco zmieniona historia o wampirach. Dopiero podczas czytania zobaczyłam, że historia ta opowiada o czymś zupełnie innym, ciekawym i nowym dla mnie.
„Na początku człowiek się rodzi. Ale nie sam. Z każdym człowiekiem przychodzi na świat druga istota, która mu towarzyszy.”
Książka jako takich ilustracji nie posiada, nie mogę więc ich ocenić. Okładka jednak według mnie jest całkiem ładna, nie powala acz miło się na nią patrzy.
Na tle innych powieści z gatunku wypada bardzo dobrze, mamy w niej przedstawione nie tylko ciekawe postacie i oryginalną historię, ale też obrazowe opisy zachwycające czytelnika. Była to moja pierwsza i z pewnością nie ostatnia książka tej autorki, z wielką ochotą sięgnę po wszystkie kolejne. „Luciana”  z czystym sumieniem polecam wszystkim, którzy szukają przyjemnej lektury.

Ocena: 8/10
 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Notka informacyjna

Witam wszystkich!
Jak może już niektórzy z Was mieli okazję zauważyć - od niedawna funkcjonuje fanpage mojego bloga na facebooku.
Póki co nie jest zbyt bogaty, acz pracuję nad jego rozwojem!
Będę publikować na nim zarówno linki do nowo pojawiających się recenzji, starszych które z jakiegoś powodu uznam za warte umieszczenia, będę również podawać linki do blogów których jestem wierną czytelniczką.
Dziękuję wszystkim, którzy klikną "Lubię to" : D fanpage
Życzę wszystkim cudownego i przede wszystkim słonecznego zakończenia wakacji.
Tymczasem uciekam do pakowania i szykowania się przed ostatnim już wyjazdem. Niebawem pojawią się recenzje "Akademii Wampirów" oraz "Luciana".
Pozdrawiam : >

środa, 22 sierpnia 2012

Powrót do Wiecznej Nocy - Claudia Gray


Tytuł: Powrót do Wiecznej Nocy
Autor: Claudia Gray
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Amber

Okładka mówi: Biancę i Lucasa połączyła Wieczna Noc, szkoła dla wampirów, gdzie po raz pierwszy się spotkali. I miłość – silniejsza niż przeznaczenie, potężniejsza niż nienawiść, która każe łowcom takim jak Lucas zabijać nieumarłych z rasy Bianki.Wierzyli, że razem przetrwają wszystko, nawet gdy musieli uciekać z Wiecznej Nocy ścigani przez ludzi i wampiry. Lecz nic nie przygotowało ich na mroczną przemianę, jaka się w nich dokonała.
Pchany przerażającą żądzą Lucas szuka ratunku w jedynym miejscu, w którym może go znaleźć. Bianca wraca z nim do Wiecznej Nocy. Nie przeczuwają, że ich niedawny dom stał się najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi…


Moja opinia: Pierwszy raz z twórczością Claudii Gray spotkałam się na początku tego roku. Z czystej ciekawości połączonej z chęcią poznania czegoś nowego – zabrałam się za pierwszy tom cyklu o „Wiecznej nocy”. W przeciągu kilku dni miałam już za sobą trzy części, do końca więc została mi tylko jedna. Sięgnęłam po nią dość późno, bo dopiero kilka dni temu zakończyłam czytanie. Skusiła mnie promocja w jednej z księgarń – i tak oto wróciłam do domu bogatsza o „Powrót do Wiecznej Nocy”.
Tytułowa Wieczna Noc to szkoła dla wampirów, pomagająca im w przystosowaniu się do życia w danych warunkach i epoce. Ich funkcjonowanie w normalnym świecie ma dla nich być łatwiejsze, gdyż mają szansę na przebywanie w towarzystwie ludzi, którzy niczego nieświadomi również pobierają nauki w tejże szkole. Nasi główni bohaterowie to Bianca i Lucas, dwójka która pomimo iż żywi w stosunku do siebie wielką miłość – nigdy nie powinna być razem. Tutaj pojawia się element przewidywalności, ponieważ jak łatwo jest się domyślić, są ze sobą. Uczucie łączące ich, pomimo swego niewątpliwego piękna chwilami aż przeraża swą słodkością. Autorka jednak nadrabia to swoim stylem, który bez wątpienia określić można ciekawym i wciągającym. Plusem jest również umiejętność budowania napięcia, którą dane nam jest zauważyć już od końca poprzedniej części. Akcja dość prężnie brnie do przodu, nie mamy więc zbyt wiele czasu na zastanawianie się, czy już tym bardziej na nudę.
Plusem jest również wykreowanie dość ciekawych, żywych bohaterów z którymi łatwo możemy się utożsamić. Moim faworytem praktycznie od początku był Balthazar. Jego dość intrygująca historia zaciekawiła mnie od samego początku. Podobne odczucia miałam odnośnie wszystkich postaci powiązanych z historią zjaw. I szczerze mówiąc, naprawdę zaskoczyło mnie rozwinięcie wątku Christophera. Snułam różne domysły i przewidywania, acz w tym jednym przypadku nie byłam nawet bliska prawdy.
Cały wątek miłosny był dla mnie nieco zbyt nudny. Przez cały przebieg związku głównych bohaterów nie zaskoczyło mnie dosłownie nic. Zakończenie również wydaje mi się nieco zbyt przesłodzone, liczyłam na nieco większy rozlew krwi i poziom dramatyzmu. Myślę jednak, że pozytywne zakończenie pasuje do tej historii.
Okładka jest nie powala, jest estetyczna, acz i tak widać pewną poprawę w stosunku do poprzednich części. Jeśli natomiast chodzi o błędy – jakieś się pojawiły, choć nie było ich na tyle dużo by raziły podczas czytania. W oczy jednak razi czerwony napis usytuowany w lewym górnym rogu, głoszący iż sama autorka „Pamiętników Wampirów” była pod wrażeniem. Osobiście nie przepadam za podobnymi chwytami marketingowymi, rażą mnie w oczy na równi z podpinaniem się pod sukces innych powieści.
Miałam duży problem z wystawieniem tejże powieści oceny. Jest ciekawa, jednak nie powala na kolana. Cała seria początkowo wywarła na mnie całkiem dobre wrażenie i ostatnia część tylko przypieczętowała moje uczucia. Polecam twórczość Claudii Gray wszystkim, którzy chcą odbyć podróż do Wiecznej Nocy i liczą na małą dawkę napięcia.

Ocena:  6/10

niedziela, 19 sierpnia 2012

Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater


Tytuł: Ballada. Taniec mrocznych elfów
Autor: Maggie Stiefvater
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Illuminatio

Okładka mówi: James Morgan został obdarzony prawie nieziemskim talentem muzycznym, który przyciąga Naulę - tajemniczą dziewczynę należącą do krainy Faerii. 
Inni mieszkańcy Faerii nie patrzą jednak na to zbyt przychylnym okiem. Wkrótce nadchodzi Halloween - dzień zmarłych - a James będzie musiał zmierzyć się z Królową Elfów oraz rogatym królem umarłych, aby ocalić Naulę i własną duszę.


Moja opinia:
Z twórczością Maggie Stiefvater miałam okazję zetknąć się już wcześniej podczas lektury „Drżenia”. Z dość pozytywnym nastawieniem zabrałam się więc za czytanie już kolejnej serii tejże autorki.
James Morgan – najlepszy dudziarz młodego pokolenia został obdarzony niesłychanym talentem, który niestety przyciąga do niego ludzi z krainy Faerii. W tym także Nualę.
Nuala trudni się wykradaniem śmiertelnikom ich lat i dusz, żeruje na twórczej energii aż do momentu ich śmierci. Po jakimś czasie ta dwójka zbliża się do siebie.
„Ballada – taniec mrocznych elfów” jest drugą i za razem ostatnią częścią tego jakże krótkiego cyklu. Osobiście nie miałam do tej pory okazji, by przeczytać część pierwszą, myślę jednak że potencjalny czytelnik może się bez tego obejść. Całość wydarzeń opisywana jest na przemian z perspektyw dwóch postaci – Jamesa i Nuali. Dzięki temu mamy świetny wgląd w ich osobiste przeżycia oraz przemyślenia, wielu rzeczy możemy się dowiedzieć. Pomiędzy rozdziałami zamieszczone są również krótkie smsy od Dee, które nie zostały wysłane.
Po przeczytaniu innych powieści tej autorki narobiłam sobie, może nieco zbyt wygórowanych nadziei względem „Ballady”. Jest ona co prawda napisana językiem prostym, zrozumiałym dla każdego, dość przyjemnym. Brakowało mi tam jednak tego czegoś, co zatrzymałoby mnie przy powieści na wiele długich godzin i wciągnęło mnie do świata mrocznych elfów bez reszty. Na tle innych powieści wypada raczej przeciętnie. Myślę, że autorka nie wzniosła się tutaj na szczyt swoich możliwości literackich, a szkoda.
Wracając do spraw typowo wizualnych – okładka niestety nie należy do najpiękniejszych jakie w życiu widziałam. Patrząc na nią w nocy można się wręcz przerazić. Ilustracji jako takich nie ma, jedynie pierwsze dwie strony tworzą coś na rodzaj drugiej okładki, notabene ładniejszej od tej właściwej. Jakość korekty jest raczej dobra, w trakcie czytania nie dopatrzyłam się żadnych błędów czy też literówek.
Elementem zasługującym na największy plus jest według mnie kreacja bohaterów, którzy są dość ciekawi, wyraziści, posiadają sporo cech indywidualnych i nie zlewają się w jedną całość. Każdy z nich ma cechę odznaczającą go na tle innych. 
Gdyby nie fakt, że wygrałam „Balladę” w jednym z blogowych konkursów, nie jestem pewna czy sięgnęłabym po nią tak szybko.
Ogólnie rzecz biorąc, powieść ta nie należy do dzieł wybitnych. Jest raczej miłym przerywnikiem od nieco bardziej skomplikowanych i złożonych lektur. Polecam ją wszystkim fanom twórczości Maggie Stiefvater, oraz tym którzy chwilowo nie mają niczego bardziej ambitnego pod ręką.

Ocena:  5/10

         ***
W ramach dodatkowej informacji chcę Wam powiedzieć, że od dzisiejszego popołudnia funkcjonuje fanpage mojego bloga na facebooku. Zapraszam!
https://www.facebook.com/KochamyCzytanie

sobota, 21 lipca 2012

Stosisko, czyli moje ostatnie zdobycze

Witam wszystkich w ten sobotni wieczór! Ostatnio czytałam w tempie nieco niższym niż zwykle, stąd też nazbierała mi się cała półka powieści, a do tego udało mi się trafić na całkiem fajną promocję.

Jak widać na załączonym zdjęciu - jestem posiadaczką oryginalnych wydań "City of Lost Souls" oraz "Clockwork Prince" z czego jestem bardzo zadowolona! Za te dwa egzemplarze serdecznie dziękuję mojej cioci, która kupiła je dla mnie za śmiesznie niską cenę. A już niedługo dostanę resztę serii do kompletu. Zastanawiająca jest jedynie różnica w objętości wydania polskiego i oryginalnego, które jest dość sporym tomiskiem. I do tego te okładki! 
 Na przeczytanie czekają również : 
1. Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater. : wygrana z konkursu. recenzja
2. Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie - Federico Moccia. Recenzja : Kupiona za dość niską cenę w biedronce. Mam zamiar przeczytać ją ponownie, ciekawi mnie to czy moja opinia o niej ulegnie zmianie.
3. Umarli czasu nie liczą - Kim Harrison. Pozostałość z poprzedniego stosu, od koleżanki.
4. Dama z portretu - A.S. Stuckart. Również nie doczytana z poprzedniego stosu, skradziona z biblioteki.
5. Powołanie - P.C. Cast. jw.
6. Błękitnokrwiści - Melissa De La Cruz. - Pożyczona od przyjaciółki. Jestem z trakcie czytania.
7. Akademia Wampirów - Richelle Mead. Pożyczona od chłopaka, jestem w trakcie. recenzja
8. Akademia Wampirów : W szponach mrozu - Richelle Mead - Również od chłopaka. recenzja

Na przeczytanie czekają również moje ostatnie łowy zakupowe : 
9. Głębia - Tricia Rayburn
10. Powrót do Wiecznej Nocy - Claudia Gray recenzja
11. Gone Zniknęli Faza trzecia: Kłamstwa - Michael Grant
12. Pokusa - Lisa Desrochers recenzja
Cztery wyżej wymienione tytuły zakupiłam za dość niską cenę. Zdjęcie dodam jak tylko przywiozę je sobie do domu.
Życzę wszystkim miłego wieczoru i słonecznego weekendu! 

wtorek, 17 lipca 2012

Zapomniane - Cat Patrick


Tytuł: Zapomniane
Autor: Cat Patrick
Liczba stron: 312
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Okładka mówi: Mam problem: Widzę migawki przyszłości, jakby to były wspomnienia. Ale przeszłość jest dla mnie tajemnicą. Pamiętam, co będę miała na sobie jutro i kłótnię, która zdarzy się dopiero po południu. Ale nie wiem, co jadłam wczoraj na kolację. Radzę sobie dzięki notatkom, mamie i najlepszej przyjaciółce, Jamie, i system jakoś działa...

Moja opinia: W pewien deszczowy listopadowy ranek niewyspana i zmęczona opieką nad nowo narodzonymi dziećmi Cat Patrick zapomniała nagle, co właściwie robi. Spróbowała odtworzyć w pamięci swoje poprzednie czynności, ale zamiast tego narodził się pomysł na pierwszą powieść. To jej pisarski debiut. Prawa do ekranizacji powieści zakupił Paramount Pictures.
Zarówno o autorce jak i o jej powieści nie słyszałam do momentu, gdy „Zapomniane” trafiło w moje ręce. Był to jeden z wielu książkowych prezentów urodzinowych w tym roku. Po przeczytaniu opisu znajdującego się na tyle okładki, oraz po zapoznaniu się z wieloma pochlebnymi opiniami z ochotą zabrałam się za czytanie. Zajęło mi to dość dużo czasu, powodem jednak wcale nie była nudna fabuła.
„[...] zegar odlicza kolejne minuty do 4.33 nad ranem - godziny, w której mój umysł się resetuje, a pamięć zostaje skasowana [...]”
Myśleliście kiedyś o tym, jak wyglądałoby wasze życie gdyby jedynymi wspomnieniami jakie macie, były urywki wydarzeń z… przyszłości? Z takim właśnie problemem zmaga się główna bohaterka powieści – London. Jej pamięć codziennie o określonej godzinie resetuje się, dlatego też codziennie sporządza notatki z każdego dnia. Każdego poranka je czyta, gdyż są one jedynym źródłem wspomnień, nie licząc jej mamy i najlepszej przyjaciółki Jamie.
„Ja nigdy nie będę wiedziała, jakie to uczucie, co wtedy przeżywałam.”
Wkrótce jednak w jej życiu zaczyna się dziać bardzo wiele, niekoniecznie dobrych rzeczy. Coraz bardziej oddala się od swojej przyjaciółki, odkrywa fakt, że jej mama ukrywała przed nią kilka spraw. Poznaje też Luke’a, wspaniałego chłopaka który podbija jej serce. Jedynym zmartwieniem jest tylko to, że nie ma go w jej wizjach przyszłości…
„Byłem Tobą zafascynowany: codziennie zaprzyjaźniałaś się ze mną na nowo, choć nie pamiętałaś mnie z dnia poprzedniego.”
Pomimo tylu pochlebnych opinii o tejże powieści – mimo wszystko miałam pewne obawy, gdy zaczynałam czytanie. Po kilku wcześniejszych, niekoniecznie ciekawych czy też imponujących, debiutach literackich bałam się, że i tym razem będę rozczarowana. Muszę jednak przyznać, że bardzo się zaskoczyłam i to bynajmniej nie w negatywny sposób.
Powieść napisana jest z perspektywy głównej bohaterki, dzięki czemu mamy bardzo dokładny wgląd we wszystkie jej przemyślenia i razem z nią możemy przeżywać wszystko na bieżąco.
Język jest dość prosty, zrozumiały dla każdego. Styl autorki jest przystępny i przede wszystkim bardzo wciągający. Z pewnością można uznać „Zapomniane” za jeden z lepszych debiutów literackich, który ostatnio dane mi było przeczytać.
„Zabawne, jak możliwości dodają skrzydeł. Zabawne jak rzeczywistość ściąga z powrotem na ziemię.”
Na tle innych powieści z gatunku wypada całkiem dobrze. Ogólny pomysł na fabułę był całkiem ciekawy i przede wszystkim nie był kolejnym powieleniem znanego aż za dobrze i utartego schematu. Jedynie kolor włosów London jest elementem dość często pojawiającym się w wielu powieściach, widocznie sporo autorek ma słabość do rudego koloru.
Niektóre z późniejszych wydarzeń dało się przewidzieć, w kilku momentach jednak autorka bardzo mnie zaskoczyła. Na plus zasługuje również bardzo ciekawa okładka. Żadnych błędów ani literówek nie znalazłam. Cena książki również nie jest zbyt wygórowana.
„Zapomniane” jest całkiem udanym debiutem literackim Cat Patrick i z czystym sumieniem mogę ją polecić wszystkim, którzy są już znudzeni ciągle powielanymi schematami i chcą sięgnąć po coś nowego. Powieść ta co prawda nie jest wybitna, acz można przy niej spędzić wiele cudownych chwil, zapominając o całym świecie. Polecam.
„Naprawienie złych rzeczy w życiu wymaga zwykle czasu, ale ostatecznie się to udaje.”

Ocena:  7/10

sobota, 7 lipca 2012

11 pytań & małe podsumowanie

W blogowym świecie pojawiła się kolejna już zabawa. Pozwolę sobie przytoczyć jej zasady :
1. Każda oznaczona osoba musi odpowiedzieć na 11 pytań przyznanych im przez ich "Tagger" i odpowiedzieć na nie na swoim blogu.
2. Następnie wybiera 11 nowych osób do tagu i podaje je w swoim poście.
3. Utwórz 11 nowych pytań dla osób oznaczonych w tagu i napisz je w tagowym poście.
4. Wymień w swoim poście osoby, które otagowałaś.
5. Nie oznaczaj ponownie osób, które już są oznakowane.

Zacznę od pytań zadanych mi przez Wiedźminkę
Oto moje pytania :
1. Anglia czy Francja ? Francja.
2. Cola czy sok ? Sok.
3. Książka czy TV ? Książka.
4. Lato czy zima ? Zima.
5. Hobbit czy elf ? Elf
6. Spacer czy leżakowanie ? Spacer.
7. Wiedźmin czy Harry Potter ? Harry Potter.
8. Fast-food czy domowe jedzenie ? Domowe.
9. Impreza czy spokój ? Spokój.
10. Kot czy pies ? Kot.
11. Wysoka czy niska ? Niska.
Kolejne pytania dostałam od Clarissy 
Moje pytania.
1. Oglądacie Niekrytego Krytyka? Taaak! : D
2. Jaki rodzaj muzyki lubisz najbardziej? Metal, power metal, rock, alternative.
3. Co robisz w wolnej chwili? Czytam, piszę, rysuję.
4. Frugo czy Tymbark? Frugo.
5. Jaką postacią fantastyczną chciałabyś być? Mrocznym łowcą!
6. Kupujesz, dostajesz czy pożyczasz książki? Kupuję i pożyczam.
7. Co wg Ciebie jest najważniejsze w życiu? Miłość.
8. Na jaki kolor masz pomalowane paznokcie? Niebieski.
9. Jaki kolor jest twoim ulubionym? Niebieski : >
10. Masz swoją ulubioną płytę? Szczerze mówiąc to nie.
11. Podasz tytuł najgłupszego teledysku, jaki kiedykolwiek widziałaś? "Friday".

Sama do zabawy typuję Drrim oraz wszystkich tych, którzy jeszcze nie wzięli udziału w zabawie! 
1. Książka czy film?
2. Fantasy czy horror?
3.  Paranormal romance czy kryminał?
4. Księgarnia czy biblioteka?
5. Duża własna biblioteczka czy raczej skromna?
6. Jakie książki lubisz najbardziej?
7. Czy lubisz blogowanie?
8. Masz nawiązane jakieś współprace?
9. Co poradzisz nowym bloggerom?
10. Jaką książkę wspominasz najgorzej?
11. Czy dużo czytasz?

Ostatni miesiąc był dla mnie nieco ciężki, przede wszystkim przez kompletny brak czasu na czytanie czy tym bardziej pisanie recenzji. Na szczęście wszystko powoli zaczyna wracać do normy, już prawie uporałam się z wcześniejszym stosikiem oraz mam gotowy kolejny, jestem w trakcie pisania relacji z wycieczki do Pragi, mam również gotowe kolejne dwie recenzje. 
Dziś pierwszy raz od dawna uśmiechnęło się do mnie szczęście, ponieważ wygrałam książkę w konkursie organizowanym przez Szarikowa . Dziękuję! : >
Pozdrawiam wszystkich oraz życzę mile spędzonego i owocnego weekendu.


środa, 4 lipca 2012

Oddech nocy - Lesley Livingston

Tytuł: Oddech nocy
Autor: Lesley Livingston
Liczba stron: 296
Wydawnictwo: Jaguar

Okładka mówi: Pełna subtelnej erotyki, literackich odniesień i mrocznej magii gotycka trylogia dla wielbicielek miłosnych opowieści z dreszczykiem. Wraz dwunastoma podobnymi sobie istotami, Sonny czuwa nad bezpieczeństwem bramy łączącej światy śmiertelników i elfów. W niektóre noce w roku granice między rzeczywistościami zacierają się w niebezpieczny sposób... Dwie rasy nieśmiertelnych nieustająco balansują na krawędzi wojny, a dwór Unseelie, posunie się do każdego podstępu, by tylko wedrzeć się do świata ludzi.

Moja opinia:
O twórczości Lesley Livingston nie słyszałam do momentu zetknięcia się z jej debiutancką powieścią zatytułowaną  „Oddech nocy”. Już sam widok okładki podziałał na mnie przyciągająco, z ochotą więc zabrałam się za jej czytanie.
Główną bohaterką jest Kelley – siedemnastolatka marząca o wielkich rolach w teatrze. Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy przygotowania do premiery spektaklu „Sen nocy letniej” idą pełną parą. Jak możemy się domyślić, nasza bohaterka gra w nim główną rolę, choć zdobyła ją w nieco inny sposób niż moglibyśmy przypuszczać. W jej życiu zaczynają dziać się rzeczy, które uznać można za co najmniej dziwne. Ratuje z opresji tonącego konia, który później zostaje jej współlokatorem, poznaje tajemniczego Sonny’ego Flannery’a… I odkrywa wielką tajemnicę, która dotyczy życia jej i wielu innych osób.
„Kelley usiadła gwałtownie, otworzyła oczy i powidła wzrokiem dokoła. Znajdowała się na scenie, w altanie królowej elfów. Niespokojnie spojrzała przez lewe ramię. Widziała go, przez krótką chwilę. Stał w ciemnym korytarzu, za kulisami po lewej stronie sceny. Zamiast bolesnej tęsknoty zobaczyła jego wzroku zaskoczenie. Jej zielone oczy spotkały się z jego szarymi; dosłownie na ułamek sekundy. A potem zniknął.”
Do powieści na początku podchodziłam dość entuzjastycznie, choć w oczy rzuciła mi się jej niezbyt duża objętość. Nawiązanie do Szekspirowskiego dramatu wydało mi się całkiem dobrym pomysłem i przede wszystkim ciekawą odskocznią od świata wampirów i aniołów.
Pomimo całkiem dobrego ogólnego zarysu fabuły książka okazuje się dość przeciętna. Pierwszym rzucającym się w oczy minusem jest dość słaba kreacja bohaterów. Nie ma w nich praktycznie nic zaskakującego czy oryginalnego, a jeżeli pojawi się już ktoś posiadający te cechy – to wszystkie opisy z nim w roli głównej są krótkie. Do jednych z ciekawszych postaci z czystym sumieniem mogę zaliczyć przede wszystkim Boba oraz współlokatorkę Kelley. Reszta nie odznaczyła się niczym szczególnym.
Język i styl są dość przeciętne, na pewno łatwe w odbiorze i zrozumiałe dla większości, choć brakuje im polotu. Powieść podzielona jest na około czterdzieści krótkich rozdziałów, przez co sprawia wrażenie pociętej. Zastanawiająca jest też różnica w długości oryginału i wersji polskiej, ponieważ dzieli je skromna ilość stu stron.
Autorka całkiem nieźle radzi sobie z popularną ostatnio narracją pisaną w osobie trzeciej. Na tle innych powieści z gatunku wypada jednak mocno przeciętnie, ponieważ nie odznacza się niczym szczególnym i z pewnością nie wnosi do świata fantasy niczego nowego.
Zaskakuje również cena, która jest szalenie nieadekwatna do tak małej książki. Na plus natomiast zasługuje okładka, która przyciąga wzrok na dłuższą chwilę. Jakichkolwiek błędów w korekcie raczej nie ma. Przed każdym rozdziałem widnieje natomiast wizerunek motyla, co uważam za ciekawe acz nieco infantylne.
Reasumując, powieść ta z pewnością nie jest wybitna i wyjątkowa. Można przy niej spędzić miło czas, choć myślę, że przy tylu powieściach dostępnych obecnie na rynku można spędzić ten czas przy czymś nieco bardziej ambitnym i zaskakującym. Polecam wszystkim, którzy mają dużo czasu, chęci i cierpliwości.

Ocena:  5/10

niedziela, 17 czerwca 2012

Cienie - Amy Meredith


Tytuł: Cienie
Autor: Amy Meredith
Liczba stron: 247
Wydawnictwo: Amber

Okładka mówi: Początek tajemniczych, romantycznych i pełnych humoru przygód śmiertelnej dziewczyny - jedynej, która może pokonać demony panoszące się w modnym kurorcie.
Ale nie samą walką ze złem człowiek żyje…


Moja opinia:
O Amy Meredith nie słyszałam zbyt wiele, właściwie to przy lekturze „Cieni” pierwszy raz zetknęłam się z jej twórczością. Zadebiutowała w 2010 roku tą powieścią, która została  entuzjastycznie przyjętą przez czytelniczki w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Polowanie i Gorączka to ciąg dalszy tajemniczych, romantycznych i pełnych humoru przygód ich bohaterki. Sama autorka twierdzi, że zawsze fascynowało ją wszystko, co nadnaturalne, chociaż jeśli ma być zupełnie szczera, w prawdziwym świecie o wiele bardziej od walki z demonami lubi zakupy.
Głównymi bohaterkami i za razem pierwszymi postaciami, które poznajemy są dwie nastolatki – Eve i Jess. Obie są popularne, bogate, średnio bystre i z pewnością dość płytkie. Eve mieszka w jakże wspaniałej rezydencji w Hamptons, kocha zakupy i drogie ubrania, a jej największym życiowym zmartwieniem jest limit na karcie kredytowej. Pewnego pięknego dnia w ich szkole pojawia się dwóch nowych (i niesamowicie przystojnych) chłopaków. Zmieniający dziewczyny niczym rękawiczki syn pastora, Luke, oraz tajemniczy i małomówny Mal.
Całość napisana jest językiem, który z pewnością można określić jako łatwy w odbiorze i zrozumiały dla każdego. Podczas czytania jednak wielokrotnie popadałam w stany graniczące ze znudzeniem i wielokrotnie odkładałam tę powieść na półkę. Pomimo jej jakże małej objętości – czytałam ją sporo ponad tydzień. Powieść napisana została w popularnej ostatnio narracji pierwszoosobowej, dzięki czemu mamy wgląd w przemyślenia Eve.
Jak dla mnie minusem była przede wszystkim kreacja dwóch głównych bohaterek – które zamiast śmieszyć i budzić sympatię, irytowały swoim płytkim podejściem do życia.
Akcja w powieści rozwijała się dość powoli, w każdym rozdziale dowiadywaliśmy się czegoś nowego. Niestety nie mogę powiedzieć, bym podczas czytania zaskoczyła się zbyt wiele razy. Pod koniec książki autorka na chwilę zbudowała małe napięcie, nie dając nam jasnej odpowiedzi kto jest tym złym. Jednak w trosce o to, by czytelnik się zbytnio nie stresował – już w kolejnym rozdziale wszystko zostaje wyjaśnione, dzięki czemu możemy bez większych problemów przewidzieć zakończenie.
„Może potrafisz robić niesamowite rzeczy – Wyrwał kartkę ze swojego segregatora i położył na stole między nimi. – Sprawdź, czy potrafisz to przesunąć. Eve spojrzała mu w oczy. A potem powoli wyciągnęła rękę, położyła palec na kartce i przesunęła ją po stole. - Wow! Udało się! – wykrzyknęła.”
„Cienie” nie wnoszą niczego nowego do świata fantasy, powielają masę wątków z którymi większość czytelników zapewne się już spotkała. Niczym nas nie zaskakuje, przez co staje się lekturą mało atrakcyjną.
Nie polecam, myślę, że na rynku jest dostępnych o wiele więcej ciekawszych, mniej schematycznych  i bardziej ambitnych powieści tego gatunku.

Ocena: 3/10