niedziela, 28 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014

              Szczerze mówiąc - sama nie jestem pewna kiedy ten rok przeminął. Zdawać by się mogło, że dopiero co szykowałam się na własną studniówkę, spędzałam liczne godziny na dopracowywaniu bloga i planowałam przygotowania do matury. Z przykrością niestety zauważam, że im więcej lat liczy sobie człowiek, tym szybciej ten czas ucieka.
              Nie mogę powiedzieć, że ten rok był przełomem w ilości postów, śmiało natomiast mogę stwierdzić, że ich jakość w stosunku do lat poprzednich skoczyła zdecydowanie w górę.
              Przy tym wszystkim muszę przyznać jedno - przez te dwa miesiące ciszy brakowało mi pisania postów, dlatego też od stycznia znów planuję się udzielać bardziej regularnie - nawet mimo przeszkody w postaci sesji. Tak więc obiecuję poprawę, szykuję już nowe posty, a wszystkim czytelnikom życzę szczęśliwego nowego roku!

środa, 17 września 2014

Pozytronowy człowiek - Isaac Asimov


Tytuł: Pozytronowy człowiek
Autor: Isaac Asimov, Robert Silverberg
Liczba stron: 248
Wydawnictwo: Rebis

Okładka mówi: Nowa technologia pozytronowa stanowi skok jakościowy w dziedzinie sztucznej inteligencji. Jej pierwszy produkt - robot imieniem Andrew, który potrafi tworzyć, uczyć się i przystosowywać do środowiska - jest zarazem ostatnim. Kiedy korporacja produkująca Andrew odkrywa rozliczne talenty robota, postanawia zaprzestać dalszej produkcji, obawiając się nieprzewidywalnych skutków. Lecz rodzina, u której mieszka Andrew, nie zgadza się go oddać, a i sam robot postanawia zdobyć to, na czym najbardziej mu zależy - człowieczeństwo.

Moja opinia: 
           Fabuła Pozytronowego Człowieka nie była mi obca, gdyż wcześniej napotkałam oba filmy powstałe na jego motywach, osobiście jednak jestem większą zwolenniczką starszej wersji. Po usłyszeniu o tym, iż istnieje książkowy pierwowzór, z największą radością zabrałam się za poszukiwania i pełna emocji tego samego wieczoru rozpoczęłam lekturę. Myślałam, że prawdopodobnie czytanie zajmie mi kilka dobrych dni, gdyż rzadko sięgam po ten gatunek, jak jednak było w rzeczywistości?
Zarwałam nockę, gdyż po prostu nie mogłam przerwać czytania – tak bardzo wchłonął mnie świat Andrew. Jest to pozycja naprawdę skomplikowana w swej prostocie i prawdopodobnie dlatego tak bardzo mnie wciągnęła. Wraz z każdą kolejną stroną zgłębiamy się coraz bardziej w świat, w którym roboty można napotkać praktycznie wszędzie i poznajemy szczegółową historię życia jednego z nich.
Asimov w swoim dziele skupia się przede wszystkim na przemyśleniach towarzyszących naszemu głównemu bohaterowi, zaś dopiero kolejne miejsce w hierarchii zajmuje tutaj akcja. Niemniej jednak przemyślenia zawarte w tej powieści były dla mnie niezwykle interesujące, tak więc praktycznie nie odczułam tych wszystkich przeczytanych stron, a zrobiło mi się wręcz smutno gdy zauważyłam, że mam już całą powieść za sobą.
Trzy Prawa Robotyki:

1. Robot nie może skrzywdzić istoty ludzkiej lub - poprzez wstrzymanie się od działania - pozwolić, by stała jej się krzywda.

2. Robot musi wykonywać rozkazy wydawane mu przez istoty ludzkie, z wyjątkiem sytuacji, kiedy byłyby one sprzeczne z Prawem Pierwszym.

3. Robot musi chronić swoje istnienie dopóty, dopóki taka ochrona nie jest sprzeczna z Prawem Pierwszym lub Drugim.
Pozytronowy Człowiek to przede wszystkim opowieść o poszukiwaniu własnego człowieczeństwa oraz o znalezieniu tego czegoś, co w nas owo człowieczeństwo definiuje i sprawia, że jesteśmy czymś więcej niż jedynie maszyną zdającą się na zaprogramowane odruchy.
Styl autora naprawdę przypadł mi do gustu, a zaś sama przygoda z jego dziełem była dla mnie wspaniałą odmianą od nazbyt prostego języka tak wszechobecnego w wielu pozycjach.
Pozytronowy człowiek to naprawdę dobry kawałek literatury, jednak zdaję sobie sprawę z tego, iż większości zapewne może nie przypaść do gustu. Polecam ją zatem przede wszystkim tym, którzy gustują w literaturze fantasy oraz tym, którzy lubią pozycje tak obfite w podobne rozważania. Sama z kolei mam w planach szersze zapoznanie się z twórczością autora.



Ocena: 9/10

niedziela, 14 września 2014

Filmowo: Gwiazd naszych wina (2014)

                O Gwiazd naszych wina słyszało już zapewne dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa, zapewne więc nawet nie muszę po raz kolejny przybliżać ani bohaterów, ani też fabuły. Długo wahałam się nad tym, czy jest w ogóle sens zabierać się za ekranizację w momencie, gdy panuje na nią tak ogromny szał. Któregoś dnia jednak nie miałam totalnie nic do obejrzenia, stwierdziłam więc, czemu nie?
                Nie czytałam książki, dlatego też nie miałam kompletnie żadnych wymagań i oczekiwań względem obsady aktorskiej. Wszyscy wydali mi się zatem całkiem nieźli, przede wszystkim przyjemni dla oka i dość autentyczni, dlatego ten element Gwiazd jest raczej plusem.
                Jeśli mam być szczera - czułam totalny odrzut emocjonalny zarówno od powieści jak i od filmu, gdyż czułam, że na pewno nie będzie to dokładnie to, czego chciałabym się spodziewać. Muszę przyznać, że w przynajmniej małej części miałam rację. 

                Historia przedstawiona w tym filmie jest naprawdę przyjemna, momentami zabawna, czasem nieco bardziej poruszająca i smutna, acz ostatecznie niesie w sobie więcej pozytywów. Pokazuje nam uczucie o którym zapewne marzy każda nastolatka - takie, które nawet w obliczu śmierci nie blaknie, a jedynie rośnie w siłę. Mamy również śmiertelne choroby, z którymi nasi bohaterowie musieli zderzyć się już w tak młodym wieku. Nie wiem, czy tylko ja mam wrażenie, jakoby był to dość popularny motyw w ostatnich latach?
                Mimo tego wszystkiego co jakiś czas nachodziła mnie myśl, że jest to typowy łamacz nastoletnich serc, pod którym poza wzruszającą historią o miłości nastolatków nie kryje się nic więcej. Jestem w stanie zrozumieć ludzkie marzenia o idealizmie i co za tym idzie, o takie właśnie miłości, jaką nam pokazano. I tu pojawiają się schody, gdyż trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę jest ona możliwa?
             
                Szczerze powiedziawszy - uroniłam kilka łez podczas oglądania Gwiazd naszych wina. Nie tyle chodziło jednak o moje wzruszenie historią samą w sobie, gdyż szczerze mówiąc płakałam nad własnymi wspomnieniami. Miałam w rodzinie kogoś bardzo mi bliskiego, kto umarł na poważną chorobę i aż za dobrze wiem, że w realnym życiu takie historie pełniejsze są w prawdziwy dramat, uboższe natomiast o tę szczyptę humoru i sarkazmu, której w GNW nie zabrakło. Niewątpliwym plusem jest również naprawdę przyjemna ścieżka dźwiękowa.

                Myślę, że film ten jest produkcją naprawdę ciekawą, zrealizowaną w porządny sposób. Dostarczy nam trochę humoru, wzruszeń i pokaże nam miłość, o jakiej marzy każda nastolatka. Zwyczajnie nie dotarł on do mojej wrażliwości, polecam go jednak wszystkim innym - z pewnością nie pożałujecie. 

piątek, 12 września 2014

Żądza krwi - Val McDermid



Tytuł: Żądza krwi
Autor: Val McDermid
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Okładka mówi: 
Martwa dziewczyna leży na zakrwawionym materacu z rękami i nogami rozłożonymi w parodii ekstazy. Zginęła w tych samych okolicznościach, co ofiary serii morderstw, która zakończyła się, gdy niezbite dowody doprowadziły do skazania niejakiego Dereka Tylera. Tyler jednak od dwóch lat siedzi w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym i nie mówi prawie nic, oprócz tego, że zabijać kazał mu „Głos”. Psycholog kryminalny, doktor Tony Hill, przypuszcza, że morderstwo nie jest dziełem naśladowcy. Podczas gdy nadinspektor Carol Jordan i jej zespół zastawiają na zabójcę desperacką i niebezpieczną pułapkę, Hill szykuje się do przerażającego starcia z jednym z najbardziej przewrotnych morderców, z jakimi do tej pory miał do czynienia.

Moja opinia:
                Val McDermid  to szkocka pisarka, specjalizująca się w pisaniu powieści kryminalnych.
McDermid pochodzi z miejscowości Kirkcaldy w Szkocji. Po zakończeniu nauki pracowała jako dziennikarka, odnotowała także pewne sukcesy jako dramaturg. Zadebiutowała w 1987 r. powieścią Report for Murder: The First Lindsay Gordon Mystery, która stała się dużym sukcesem czytelniczym. Jeśli chodzi o życie prywatne, McDermid jest lesbijką.
                Ani o Żądzy krwi ani też o Val McDermid nie słyszałam dosłownie nic do czasu, aż moja wspaniała ciocia nie ofiarowała mi w prezencie właśnie tej książki. Po wielu pochwałach zdecydowałam, że niezwłocznie zacznę lekturę, wakacyjne rozleniwienie nie sprzyjało jednak czytelnictwu - tak więc po kilkunastu stronach odłożyłam ,,żądzę" na bok. Bynajmniej nie chodziło o to, że nie wciągnęłam się w wydarzenia lub że była ona słaba. Wręcz przeciwnie.
                Po dwóch miesiącach jednak poczułam palącą potrzebę poznania reszty tej historii i przeczytałam całość praktycznie w kilka godzin. Mimo braku większych wad dość długo wahałam się nad oceną, którą ostatecznie wystawiłam. Dlaczego? O tym trochę później.
                Historia ta sama w sobie jest niezwykle bogata w spojrzenia z perspektywy bezstronnego obserwatora na działania wielu bohaterów, dzięki czemu możemy spojrzeć z wielu stron na wydarzenia. Niektórzy z nich nieco mnie denerwowali, z doświadczenia wiem jednak, że lepszy bohater irytujący od takiego, który nie wzbudza w człowieku kompletnie żadnych emocji. Jeśli miałabym wśród nich wybrać swoich faworytów, bez większego wahania wskazałabym Carol oraz Tony'ego. Nie wiem czy jest to kwestia tego, że to głównie wokół nich kręci się większość powieści, czy też po prostu ich skomplikowana relacja zafascynowała mnie bardziej od pozostałych ukazanych nam relacji interpersonalnych.
                Dzięki ciekawemu zabiegowi jakim jest bezpośrednie przedstawienie psychiki sprawcy, mamy ogromny wgląd w jego osobiste pobudki, odczucia, możemy przejrzeć to, co motywuje go do tak okrutnych czynów. Jak dla mnie był to zabieg niezwykle ciekawy, choć chwilami czytanie tych niezwykle szczegółowych, jakże brutalnych i naturystycznych opisów bywało dla mnie czynnością dość trudną.
                Jeśli chodzi o samo wydanie to nie mam żadnych zastrzeżeń, jest naprawdę estetyczne, nie znalazłam również żadnych błędów w samej książce.
                Żądza krwi naprawdę trzyma czytelnika w napięciu, choć szczerze mówiąc spodziewałam się, że poruszy mnie ona jeszcze bardziej. Z reguły w tego typu powieściach dość szybko zdarza mi się odgadnąć kto jest poszukiwanym mordercą i tym razem również nie było inaczej. Odebrało mi to trochę frajdy, zaś końcowe strony dostarczały mi przede wszystkim przemyśleń typu - ,,Kiedy oni na to wpadną?"

                Niemniej jednak styl autorki przypadł mi do gustu tak bardzo, jak duet głównych bohaterów dlatego też bez większego wahania sięgnę po kolejne powieści. Żądza Krwi jest naprawdę ciekawą pozycją, tak więc polecam ją wszystkim fanom kryminałów i nie tylko. 

Ocena: 7/10

                                                                               ***
Ostatnio rzadko pojawiałam się tutaj - było to spowodowane głównie moimi przygotowaniami do przeprowadzki. Za nieco ponad tydzień zostanę już oficjalnie mieszkanką Warszawy i jestem tym faktem nieco przerażona, gdyż kompletnie nie znam tego miasta. Ale cóż, studia ponoć są najlepszym okresem życia i właśnie w to chcę wierzyć!

niedziela, 10 sierpnia 2014

Rosyjski superkurs



              W to słoneczne niedzielne popołudnie przybywam do was z recenzją "Rosyjski superkurs" wydawnictwa lingo. Sama dość długo poszukiwałam odpowiedniej książki do nauki tego właśnie języka, gdyż mimo pozornie dużego wyboru pozycji dostępnych na rynku - ciężko jest znaleźć coś naprawdę dobrego. Zwabiona sporą promocją i naprawdę ładnym wydaniem pokusiłam się na wyżej widoczną książeczkę stwierdzając, że będzie ona ciekawym uzupełnieniem do całej reszty moich źródeł wiedzy. W gruncie rzeczy przed kupnem nawet nie przejrzałam jej zbyt dokładnie sprawdzając jedynie, czy ma w sobie sporo ćwiczeń. I tak wróciłam do domu bogatsza o kolejną książkę, a biedniejsza o kilkanaście złotych. (W normalnej ofercie kosztuje chyba około 30zł)

           Pragnąc jak najlepiej zobrazować wam ten właśnie kurs - zrobiłam trochę zdjęć, z góry jednak przepraszam za wątpliwą jakość i mój palec widoczny na zdjęciach. Plusem na pewno jest bardzo estetyczne wydanie, całość wygląda naprawdę dobrze, dzięki czemu korzystanie z superkursu może być czystą przyjemnością.
          Wygląd jednak nie jest najważniejszy, przejdźmy zatem do moich przemyśleń na temat treści zawartych w środku. Po przerobieniu pierwszego działu w ramach małej powtórki pomyślałam sobie - kurczę, czy ja już gdzieś tego nie widziałam? Stwierdziłam jednak, że pewnie jest to najzwyczajniej w świecie mylne wrażenie, gdyż nie miałam tej pozycji wcześniej w swoich rękach. Po kilku kolejnych działach natomiast byłam już pewna skąd to małe uczucie deja vu. Część superkursu podzielona na lekcje jest dość okrojonym streszczeniem tych samych lekcji, które znaleźć można w części pierwszej nowyje wstrieczi. Przewijają się pojedyncze nowe słówka, z grubsza mamy jednak to samo, tyle że w uboższej wersji.
             Kolejnym elementem kursu są rozmówki, które naprawdę mi się spodobały. Przykładową stronę można obejrzeć po prawej. Według mnie są one ciekawym uzupełnieniem, zostały wypełnione przeróżnymi zwrotami czy też pojedynczymi słowami. Sama z braku czasu nie przerobiłam jeszcze zbyt wiele stron rozmówek, zasługują one jednak na plus.
             Jeśli chodzi o płytę - nie przypadła mi ona do gustu i szczerze mówiąc, o wiele bardziej wolałam korzystać z płyt od wydawnictwa Edgar. Moja przygoda z językiem rosyjskim zaczęła się już prawie dwa lata temu, toteż nie umiem stwierdzić jak ten kurs sprawdziłby się u osób początkujących, myślę jednak, że jest on ciekawym urozmaiceniem nauki i dobrą opcją dla tych, którzy szukają coraz to nowych źródeł wiedzy. Będzie on faktycznie dobrym rozwiązaniem dla całkiem początkujących i mniej wymagających, ja natomiast czułam pewien niedosyt pod względem ilości ćwiczeń gramatycznych i zapewne będę szukać czegoś innego. Sama wolę jednak bardziej tradycyjną formę nauki - z normalną książką oraz nauczycielem/korepetytorem.



czwartek, 7 sierpnia 2014

Mechaniczny książę - Cassandra Clare




Tytuł: Mechaniczny książę
Autor: Cassandra Clare
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Mag

Okładka mówi:
             W magicznym podziemnym świecie wiktoriańskiego Londynu Tessa znalazła bezpieczne schronienie u Nocnych Łowców. Jednakże bezpieczeństwo okazuje się nietrwałe, kiedy grupa podstępnych członków Clave zaczyna spiskować, żeby odsunąć jej protektorkę Charlotte od kierowania Instytutem.
                 Gdyby Charlotte straciła stanowisko, Tessa znalazłaby się na ulicy… jako łatwa zdobycz dla Mistrza, który chce wykorzystać jej moc do własnych celów. Z pomocą przystojnego i autodestrukcyjnego Willa oraz zakochanego w niej Jema Tessa odkrywa, że wojna Mistrza z Nocnymi Łowcami wynika z osobistych pobudek. Mistrz obwinia ich o spowodowanie tragedii, która zniszczyła mu życie. Żeby poznać tajemnice przeszłości, cała trójka odbywa podróże do mglistego Yorkshire, do rezydencji, w której kryją się nieopisane okropieństwa; do londyńskich slumsów i zaczarowanej sali balowej, gdzie Tessa odkrywa, że prawda o jej pochodzeniu jest bardziej złowieszcza, niż przypuszczała.
Moja opinia: 
                Cassandra Clare to pisarka, urodzona w amerykańskiej rodzinie w Teheranie, mieszkała w Francji, Anglii i Szwajcarii zanim skończyła 10 lat. Od szkoły średniej mieszkała w Los Angeles i Nowym Jorku, gdzie pracowała w redakcji. W 2004r. zaczęła pracę na powieścią Miasto Kości, jej natchnieniem był krajobraz Manhattanu. W fandomie związanym z Harrym Potterem znana dzięki opowiadaniu Draco Trilogy. Cassandra Clare to jej pseudonim artystyczny.
                Z twórczością Clare miałam styczność wielokrotnie w przeciągu ostatnich kilku lat, lecz dopiero ostatnio zabrałam się za Mechanicznego anioła oraz kontynuacje. Po przeczytaniu pierwszej części byłam naprawdę mile zaskoczona, toteż praktycznie od razu zamówiłam tom drugi, niestety - musiałam przeczekać dobre trzy tygodnie, nim Mechaniczny książę ostatecznie trafił w moje ręce.
                Lektura tej powieści zajęła mi w gruncie rzeczy jeden dzień i jeśli mam być szczera, zaniedbałam przez to całkowicie wszystkie obowiązki, jakie wtedy mi powierzono, gdyż byłam zbyt zajęta czytaniem. Sama nie wiem od czego powinnam zacząć swą ocenę, z pewnością tom ten nie jest gorszy od poprzedniego, panuje w nim jednak z goła inny klimat.
                Jeśli chodzi o akcję, brnie ona do przodu tak prężnie jak zawsze. Bohaterowie bynajmniej nie stracili na swej wyrazistości, a wszystko nabiera niezwykle szybkiego tempa. Sporo spraw ulega ogromnej komplikacji, by w finale ulec rozwiązaniu, jakiego niekoniecznie mogliśmy się spodziewać.
                Pozostaje zatem pytanie, czy jest w tej książce coś, co mi się nie podobało? W gruncie rzeczy jest jeden taki motyw, który dość ciężko opisać bez wdawania się w zbędne szczegóły, jednakże postaram się to zobrazować jak najlepiej. Często spotkać się można z sytuacją, kiedy dziewczyna wybiera pewnego chłopaka z nieuzasadnionego poczucia obowiązku, odtrącając tego, na którym bardziej jej zależy. Nie jest to pierwsza ani też zapewne nie ostatnia taka sytuacja, jednak czuję się już przesycona takim rozwiązaniem sytuacji, nawet jeśli jest ono tylko chwilowe.
                Miłym zaskoczeniem było pozytywne zakończenie naprawdę wielu wątków, mam jednak wrażenie, że w finałowym tomie wszystko ponownie ulegnie niemałym zmianom. Dodatkowym atutem będzie przede wszystkim piękne wydanie w oryginalnej okładce, które osobiście posiadam, brak błędów w korekcie i duża dawka specyficznego poczucia humoru autorki, które osobiście uwielbiam.

                Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy za sobą mają część pierwszą. Mechaniczny książę z pewnością nie będzie rozczarowaniem, a raczej zapowiedzią, dzięki której spodziewać możemy się naprawdę pełnej emocji oraz zwrotów akcji części trzeciej. 





W serii ukazały się:
2. Mechaniczny książę

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Serialowo: Arrow (2012-)


         O Arrow być może słyszała już część z was, ja osobiście nie miałam pojęcia o istnieniu takiego serialu do momentu, aż nie zabrałam się za dokładne przeglądanie ramówek młodzieżowych stacji telewizyjnych rodem z usa. Upewniłam się, że nie jest to produkcja przerwana po jednym sezonie z powodu niskiej oglądalności, z zaskoczeniem odkryłam, że obecnie w przygotowaniu jest sezon trzeci i pomyślałam - czemu by więc tego nie obejrzeć?
         Głównym bohaterem jest Oliver Queen (jeśli ktoś obejrzał przynajmniej kilka odcinków, zapewne również słyszy w głowie "My name is Oliver Queen..."), dwudziestoparoletni milioner, który po spędzeniu kilku lat na bezludnej wyspie, całkowicie zmienia swoje podejście do życia. Odtąd kawałek po kawałku zostaje przed nami odkryta tajemnica tego, co naprawdę zdarzyło się w owym miejscu, które jednak nie było zupełnie wyludnione.
         Niewątpliwym plusem tego serialu jest cała obsada aktorska, wszyscy zostali dobrani niemal idealni do swoich ról, a już w szczególności mam tu na myśli Stephena Amella (czyli odtwórcę głównej roli). Już samo patrzenie na jego mięśnie jest prawdziwą ucztą dla oczu.

          Pomijając jednak czysto fizyczny zachwyt nad serialowym Oliverem przyznać muszę, że przez całe dwa sezony niezwykle intrygował (a pod koniec również irytował) mnie wątek jego relacji z Laurel, które można określić co najmniej jako pokręcone.
          Jeżeli zaś chodzi o drużynę naszego głównego bohatera - moim faworytem od samego początku do końca pozostawał John Diggle.
          Patrząc na Arrow pod względem czysto wizualnym oraz technicznym przyznać trzeba, że to kawał dobrej roboty, choć bez drobnych wpadek się nie obyło. Na pochwałę z pewnością zasługują wszystkie walki między Zieloną Strzałą a jego przeciwnikami, miło jest również móc oglądać niezwykłą sprawność fizyczną odtwórcy roli głównej, bez pominięcia wszystkich pozostałych.
           Serial ten jest naprawdę dynamiczny, pełen akcji oraz niespodziewanych wydarzeń, wszystko wartko brnie do przodu, tak więc nie mamy zbyt wiele czasu na nudę. Naprawdę polubiłam również poczucie humoru, którego sporą dawkę mamy w praktycznie każdym odcinku. Również kreacja bohaterów zasługuje na wielki plus.
           Czy jest zatem coś, co mi się nie spodobało? Owszem, bez tego obyć się nie mogło. Tym razem obejdzie się bez zbędnego wdawania się w szczegóły, gdyż nie chcę zepsuć zabawy tym, którzy za serial dopiero chcą się zabrać. Istotnie, zadziwiało mnie i irytowało jednocześnie życie miłosne Olivera. Kogo on tak naprawdę kocha? Tego chyba nie wie nawet on sam.
            Podsumowując, Arrow jest serialem naprawdę dobrym i przyjemnym, zrealizowanym w porządny sposób i szczerze polecam go wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji go obejrzeć.

wtorek, 29 lipca 2014

Stosik sierpniowy i garść informacji

             Jak pewnie zdążyliście zauważyć, blog w minionym miesiącu świecił pustkami. Nie było to spowodowane ani moim zniechęceniem do pisania, brakiem lektur czy chociażby pomysłów, bo swego czasu napisałam bardzo dużo notek na zapas. Lipiec był miesiącem niezwykle zajmującym, musiałam zająć się rekrutacją na studiach, odwiedzili mnie najwspanialsi goście z usa - czego chcieć więcej? Oficjalnie również zostałam studentką UW ;)

            Mój stosik na sierpień jest dość skromny, acz bogaty w obiecujące pozycje! Zgodnie z zapowiedzią - ograniczyłam znacznie paranormal romance na rzecz kryminałów. Od góry widzimy:
  -Mechaniczny książę, Cassandra Clare - Jestem w trakcie kompletowania wszystkich powieści tejże autorki, więc i tej pozycji nie mogło zabraknąć! Bardzo lubię twórczość pani Clare i z mechanicznego księcia jestem niezwykle zadowolona, wkrótce powinna pojawić się recenzja.
  -Słodka śmierć, Unni Lindel - Wcześniej nie słyszałam nic konkretnego ani o autorce, ani też o samej powieści, o uszy jednak obiło mi się nieco na temat skandynawskich kryminałów. I tak "słodka śmierć'' wylądowała w mojej biblioteczce, niedługo biorę się za czytanie.
  -Żądza krwi, Val McDermid - Powieść polecona przez ciocię, jak na razie przeczytałam kilkanaście stron, acz zapowiada się naprawdę dobrze.
  -Troje, Sarah Lotz - Ostatnio panował ogromny boom na tę właśnie powieść, dlatego też po tylu pozytywnych recenzjach skusiłam się i zainwestowałam w nią ostatnie pieniądze. Przeczytałam kawałek i wciąż powoli brnę do przodu, póki co jednak jestem nieco rozczarowana. Tak chyba niestety bywa, kiedy człowiek spodziewa się czegoś dobrego.

             Przed sobą mam jeszcze nieco ponad dwa miesiące wakacji, acz mentalnie zaczynam się już przygotowywać do przeprowadzki. Na koniec wrzucę dwa zdjęcia z mojego pobytu na mazurach, piękny widok, prawda? ;)


niedziela, 22 czerwca 2014

Mechaniczny anioł - Cassandra Clare


Tytuł: Mechaniczny anioł
Autor: Cassandra Clare
Liczba stron: 472
Wydawnictwo: Mag

Moja opinia: 
                Twórczość Cassandry Clare poznałam dobre kilka lat temu. Po przeczytaniu kilku stron Miasta Kości postanowiłam zamówić od razu obie dostępne wtedy części, po czym zabrałam się za lekturę. Świat nocnych łowców oczarował mnie już od pierwszej strony, a dodatkowymi atutami było naprawdę świetne poczucie humoru w połączeniu z ciekawymi kreacjami bohaterów.
                Mechanicznego Anioła miałam w planach od bardzo dawna, wciąż jednak odwlekałam moment sięgnięcia po tę pozycję w obawie, że okaże się ona rozczarowaniem i nie utrzyma poziomu Darów Anioła. Czy słusznie? A może wręcz przeciwnie?
                Tessa Gray jest szesnastoletnią dziewczyną, którą poznajemy w momencie podróży do Anglii. Płynie ona tam w odwiedziny do swego starszego brata, na miejscu spotyka ją jednak coś, czego kompletnie się nie spodziewała. I poprzestanę na tym, nie chcąc psuć pozostałym zabawy przy odkrywaniu przygód z wiktoriańskim Londynem w tle.
                Mimo swoich wcześniejszych obaw praktycznie od pierwszych stron wciągnęłam się w historię Tessy i z zapartym tchem śledziłam jej losy. Jedną z moich pierwszych refleksji na temat Mechanicznego Anioła było to, że już w pierwszym rozdziale zdążyłam doświadczyć praktycznie wszystkich emocji, a każdą krzywdę bohaterki odczuwałam jak swoją własną.
,,Zawsze trzeba być ostrożnym z książkami i z tym, co w nich jest, bo słowa mają moc zmieniania ludzi."
                Wyraźnie odznacza się charakterystyczny klimat wiktoriańskiego Londynu, a opisy są niezwykle plastyczne, dzięki czemu bez trudu możemy wyobrazić sobie tamtejszą scenerię. Wątek ten jak dla mnie został rozwinięty w sposób dobry, dzięki czemu czułam się, jakbym osobiście miała okazję tam być.
                Kreacje bohaterów zawsze były mocną stroną Cassandry Clare. W Mechanicznym Aniele możemy odnaleźć sporo naprawdę ciekawych osobowości, zarysowanych w sposób wyraźny, wielowymiarowy. Każdy z nich ma indywidualne cechy i praktycznie nikogo nie możemy zaliczyć do szarej masy. Są bohaterowie, których kochamy już od pierwszych stron, jak i również ci, którzy dają nam szczere powody do nienawiści, a to jest dla mnie ogromnym plusem.
,,To w porządku kochać kogoś bez wzajemności, dopóki ten ktoś jest wart miłości. Dopóki na nią zasługuje."
                Powtarzałam już to wiele razy, powtórzę więc znów - uwielbiam poczucie humoru autorki. Jest ono pełne sarkazmu i ironii od których sama nie stronię, zapewne dlatego tak bardzo wbiło się w mój gust, dzięki czemu kilka razy śmiałam się w najlepsze podczas lektury.
                Styl autorki jest niezwykle ciekawy, pełen porównań i przy tym wciąga już od pierwszych stron. Również język możemy uznać za dość bogaty i zdecydowanie ciekawszy, niż ten prezentowany w większości powieści dla młodzieży. Obyło się bez przekleństw i tanich nawiązań do nastoletniego życia, a przy tym było naprawdę ciekawie i zabawnie. Z chęcią wskazałabym to jako przykład niektórym autorkom, brnącym w swym sileniu się na poczucie humoru w naprawdę złą stronę. W Mechanicznym Aniele czegoś takiego nie ma. A więc można? Można.
                Sporo naczytałam się na temat domniemanych podobieństw bohaterów do tych, których zdążyliśmy już poznać w Mieście Kości i wręcz obawiałam się pewnego rodzaju powielenia, jednakże go nie ma. Za to z pewnością Will'a nazwać można najmocniejszym charakterem powieści, tak jak Jace w Darach Anioła.
                Długo zwlekałam z kupnem i dziś jestem z tego wręcz zadowolona, gdyż obecnie w swoim posiadaniu mam wersję z nową, oryginalną okładką, która według mnie jest wręcz niesamowita. Wielką miłością darzę wydania oryginalne, dlatego też podwójnie cieszę się, że mam w swej biblioteczce i egzemplarze polskie i amerykańskie, które mimo wszystko prezentują się jeszcze lepiej. Natomiast okładki pierwszego polskiego wydania uczcijmy minutą ciszy.
,,Kimkolwiek jesteś, mężczyzną czy kobietą, osobą silną czy słabą, zdrową czy chorą... Wszystkie te rzeczy liczą się mniej niż to, co masz w sercu. Jeśli masz duszę wojownika, jesteś wojownikiem. Te inne rzeczy to szkło, które otacza lampę, a ty jesteś światłem w środku. Właśnie w to wierzę."
                Na koniec wspomnę o tym, iż naprawdę lubię przemyślenia pojawiające się w powieściach Cassandry Clare. Bez wątpienia dostrzec można drugie dno ubrane w ładne słowa, otoczone specyficznym poczuciem humoru, dużą dawką akcji, ciekawymi bohaterami oraz niezwykłym klimatem świata nocnych łowców. Brakuje mi tu jakiegoś drobnego elementu bym mogła wystawić tej pozycji ocenę najwyższą, myślę jednak, że jest ona naprawdę dobra. Pani Clare mówię trzy razy tak i z niecierpliwością oczekuję kolejnych powieści, mając jednocześnie nadzieję, że będą jeszcze lepsze.  






W serii ukazały się:
1. Mechaniczny anioł

czwartek, 19 czerwca 2014

Serialowo: Star Crossed (2014)

              Star Crossed jest kolejnym serialem stworzonym przez stację CW, a jego premiera miała miejsce około lutego 2014, o ile oczywiście dobrze zapamiętałam. Fabułę można określić mianem co najmniej dziwnej, ciekawej lub 'wyjątkowej'. Jak kto woli.
              W pierwszym odcinku mamy okazję podziwiać, jak statek niejakich Atrian rozbija się na ziemi, a lokalne władze traktują to jak inwazję na naszą piękną planetę. Po serdecznym powitaniu mamy okazję oglądać chłopca chowającego się w szopie. Znajduje go dziewczynka, przynosi trochę jedzenia i spędza z nim swój czas. Później zostaje on zabrany, a my wraz z akcją przenosimy się dokładnie dziesięć lat później. Wybrano atriańskich nastolatków do tego, by mogli oni chodzić do normalnego liceum wraz z ludźmi. Czyż nie brzmi to niedorzecznie? Może trochę. Czy nie jest pełne absurdów? Owszem.
               Mimo to jednak ogląda się ten serial ze szczerą przyjemnością, no chyba, że ktoś ma niesamowicie wygórowane oczekiwania - w takim wypadku może się ostro zawieść. Sama podeszłam do niego na zasadzie kolejnego czasoumilacza po niezwykle trudnym roku pełnym nauki, matury, matury, nauki oraz matury. Po czymś takim chyba każdy potrzebuje małego umysłowego urlopu i szuka swej własnej recepty na odpoczynek. Ja wybrałam luźne seriale. Niestety, Star Crossed liczy sobie tylko 13 odcinków, co równa się jednemu pełnemu sezonowi, nie dane nam jednak będzie doczekać kolejnych - został on anulowany, jak zdecydowana większość seriali pojawiających się w ostatnim czasie. Niestety.
                Skłamałabym mówiąc, że wygląd zewnętrzny aktorów nie miał dla mnie znaczenia. Szczerze mówiąc - moją uwagę praktycznie od początku przyciągnął Roman, którego możemy podziwiać po lewej stronie. Jest on postacią niezwykle przyjemną, nie stroni od sarkazmu, zdaje się być inteligentny, zwyczajnie doby i skrywa gdzieś sobie wrażliwość. Istny ideał, prawda? Do tego dorzucimy jeszcze naprawdę fajne ciało! I nagle przyjemność z oglądania serialu wzrasta o jakieś tysiąc punktów, o ile oczywiście w jakimś stopniu uroczy Roman wstrzeli się w niewieście gusta. Jedynym elementem średnio do mnie przemawiającym była ta śmieszna fryzura, kojarząca mi się ciągle z rogiem jednorożca, nie można mieć jednak wszystkiego. Osobiście mówię mu trzy razy TAK. I wcale nie oglądałam tego serialu głównie dla niego. Wcale.
                 Jeśli chodzi o całą resztę postaci, mamy dosłownie wszystkie typy bohaterów, jakie powinny się znaleźć w serialu młodzieżowym. Jest altruistyczna główna bohaterka, niezbyt lotna umysłowo znajoma, oddana najlepsza przyjaciółka, męski ideał na nogach, bad boy coby dopełnić trójkąt miłosny. A po prawej mamy okazję podziwiać Graysona - nie powiem, żebym przesadnie przepadała za jego postacią, gdyż byłoby to kłamstwo. Z drugiej strony jednak lubiłam na niego po prostu popatrzeć i liczę, że zostanie zaangażowany do kolejnych seriali na CW! Jeśli ktoś oglądał chociażby The Secret Circle, ten wie, że i tam również się on pojawił.
               Fabuła sama w sobie jest dość ciekawa, choć pod koniec wszystko zaczyna iść w dziwnym kierunku. Akcji jest sporo, ciągle coś się dzieje i nie mamy większych przestojów między kolejnymi wydarzeniami, tradycyjnie już jednak w prawie każdym odcinku pojawiają się imprezy okolicznościowe, to już chyba znak rozpoznawczy tej stacji. Do gustu niezwykle przypadła mi ścieżka dźwiękowa. Nie zapamiętałam żadnych konkretnych utworów, naprawdę jednak fajnie wkomponowała się w całość i można powiedzieć, że był to jeden z lepszych elementów Star Crossed.
              Podsumowując, jest to serial raczej luźniejszy, idealny do odstresowania się, gdyż w tej roli sprawdza się idealnie. Nie radziłabym oczekiwać od niego zbyt wiele, gdyż można by się rozczarować, jeśli jednak ktoś potrzebuje zabić czas, a nie wie jak - zapraszam do obejrzenia SC.
A wy co myślicie o tym serialu? ;)

wtorek, 17 czerwca 2014

Kapłanka w bieli - Trudi Canavan


Tytuł: Kapłanka w bieli
Autor: Trudi Canavan
Liczba stron: 682
Wydawnictwo: Galeria Książki

Moja opinia:
                Po paranormal romance najczęściej sięgałam z powodów dość prostych. To jeden z popularniejszych gatunków wśród ludzi młodych, ciągle pojawiają się nowe pozycje i najczęściej jedyną różnicą między nimi są powielone schematy. Stety bądź też nie - tego typu powieści najczęściej podrzucali mi znajomi oraz przyjaciele, któregoś dnia jednak powiedziałam dość. Zbyt wiele rozczarowań miałam za sobą, by dalej siedzieć w tym samym i właśnie ta refleksja zachęciła mnie do zmiany klimatu. Na pierwszy ogień wybrałam przede wszystkim fantasy oraz kryminały, a przy tym pierwszą przeczytaną lekturą była Kapłanka w bieli. Pomimo naprawdę wielu pozytywnych opinii pełna byłam dziwnego przeczucia, że dostanę niekoniecznie to, czego cały czas się spodziewam. Jak było naprawdę? W poniższych akapitach spróbuję zmierzyć się z oceną Kapłanki w bieli, czyli pierwszej książki Trudi Canavan po jaką zdecydowałam się sięgnąć.
                Trudi Canavan urodziła się w 1969 roku mieszka w Melbourne, w Australii. Jest ilustratorką i projektantką, pracuje między innymi jako szefowa działu graficznego Aurealis - australijskiego czasopisma poświęconego fantasy i science fiction. Jej pierwsza opublikowana historia, "Whispers of the Mist Children", otrzymała w 1999 roku nagrodę Aurealis dla najlepszego opowiadania fantasy. Od czasu wydania bestsellerowej Trylogii Czarnego Maga jest jednym z najpoczytniejszych autorów w Wielkiej Brytanii, Australii i w USA.
                O autorce słyszałam naprawdę sporo, gdyż nie dało się przeoczyć wszechobecnych pozytywnych opinii oraz książek na sklepowych wystawach, na które co rusz natykałam się kilka lat temu. Nawet będąc w USA zdążyłam zauważyć, jak Trudi Canavan stała się sławna.
Nie można zmusić serca by wybierało rozsądnie. Samo podejmuje decyzje.
                Nie wiem czy jestem odosobniona w swych uczuciach, jednak przez bite sześćset stron miałam wrażenie, że główna bohaterka Auraya jest postacią nijaką. Po tak wielu stronach, które mam za sobą przeważnie bez trudu jestem w stanie sporo o danej postaci powiedzieć, a w tym przypadku żadne jej widoczne cechy nie przychodzą mi do głowy. No, może poza tolerancją i miłosierdziem okazywanym większości istot. Jeśli zaś o pozostałych bohaterów chodzi, możemy znaleźć tutaj nieco dokładniej zarysowane charaktery, choć niestety jest ich trochę za mało. Osobiście z niewiadomych przyczyn zapałałam przeogromną sympatią skierowaną do Leiarda, gdyż już od pierwszych stron zaintrygowała mnie jego historia. Nie chcę spojlerować, zdradzę więc tylko tyle, że moje zainteresowanie jego osobą wzrosło wraz z biegiem wydarzeń oraz ze zjawiskiem, które dotknęło go w zasadzie już na samym początku.
                Jeśli miałabym wskazać coś, co w powieści Trudi Canavan zrobiło na mnie największe wrażenie, raczej bez wahania wybrałabym styl, jakim posługuje się autorka. Jest naprawdę ciekawy, wciągający i sprawił, że dosłownie połknęłam w kilka godzin pierwsze czterysta stron. Język również jest dobrą stroną Kapłanki w bieli i nie ma sensu porównywać go do powieści, po które zdarzało mi się ostatnio sięgać, gdyż jest o niebo bogatszy i ciekawszy.
                Cała historia pokazana jest z perspektywy bardzo wielu osób, co pozornie jest dobrym i interesującym rozwiązaniem, na dłuższą metę jednak stawało się nieco nazbyt uciążliwe. Za każdym razem, gdy przywykałam do kolejnej postaci, nagle perspektywa ulegała zmianie i znów brnęłam przez historię z kimś innym.
                Dla równowagi dodam, że kolejną dobrą stroną tej powieści był zbudowany świat, w którym mamy okazję przebywać razem z bohaterami. Jest on niezwykle rozległy, przy tym intrygujący i naprawdę bogaty. Nie jestem w stanie powiedzieć jak wypada on w porównaniu do innych dzieł autorki oraz czy powiela on jakikolwiek schemat, toteż pominę tę kwestię.
Szczęśliwe zakończenie to luksus na jaki może pozwolić sobie fikcja.
                Akcja w powieści ma swoje regularne tempo i toczy się w nim do przodu, jak dla mnie niestety miało to miejsce zbyt wolno. Przez całą lekturę liczyłam na szybszy rozwój akcji, na coś niespodziewanego co mnie zaskoczy. Nic jednak nie zmieniło się od początku do końca. Odnosiłam również wrażenie, że całość została nieco bardziej rozwleczona i może na dobre wyszłoby autorce skrócenie nieco tego opasłego tomiska na rzecz większej ilości akcji.
                Swoje pierwsze spotkanie z Trudi Canavan będę wspominać dobrze, choć zabrakło mi tu tego czegoś, co sprawiłoby, że zapamiętałabym tę pozycję na długo i zaliczyła ją do swoich ulubionych. Sporo osób poinformowało mnie, że w kolejnych częściach wszystko zmienia się na lepsze, jednak nawet bez tych rekomendacji dałabym autorce szansę i zabrałabym się za lekturę pozostałych dwóch tomów Ery pięciorga.

                Polecam przede wszystkim fanom spokojnego rozwoju wydarzeń, którzy będą woleli delektować się językiem, stylem oraz opisami. Odradzam z kolei fanom wartkiej akcji i szybkiego tempa rozwoju wydarzeń, gdyż niechybnie mogą się rozczarować. 

Ocena: 6/10

sobota, 14 czerwca 2014

Urodzona o północy - C.C. Hunter


Tytuł: Urodzona o północy
Autor: C.C. Hunter
Liczba stron: 365
Wydawnictwo: Feeria

Moja opinia: 
                Często ostatnio miałam okazję natknąć się na niezwykle pozytywne opinie o powieści Urodzona o północy. Po sprawdzeniu opinii na co niektórych portalach zobaczyłam, że zbiera ona w dominującej części same pozytywne recenzje i niezwykle wysokie oceny, pomyślałam więc sobie, to musi być jakieś arcydzieło! Tak właśnie zaczęła się moja szalenie pasjonująca przygoda z dziełem autorstwa C.C. Hunter. Dodatkowym wabikiem była dla mnie przede wszystkim okładka, która przywodziła wzrok ciekawym motywem oraz kolorystyką, a również opis dawał nadzieję na coś, co będzie co najmniej przeciętne lub dobre. Jedynym wnioskiem jaki można wyciągnąć po lekturze powieści na temat tych wszystkich wabików jest ulubione powiedzenie House'a. Ale przejdźmy już do samej fabuły.
                Życie Kylie Galen zdaje się walić w gruzy. Umiera jej ukochana babcia, rzuca ją chłopak, jej rodzice się rozstają, a w dodatku ciągle widuje dziwną postać, której nikt poza nią zdaje się nie zauważać… Pewnego wieczora Kylie Galen ląduje na nieodpowiedniej imprezie z nieodpowiednimi ludźmi i to zmienia jej życie na zawsze. Matka wysyła ją do Wodospadów Cienia – na obóz dla trudnej młodzieży. Sformułowanie „trudna” jednak niezupełnie określa jej współobozowiczów. Okazuje się, że wraz z nią mieszkają tu wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, czarownice, elfy i inne nastolatki o ponadnaturalnych zdolnościach. Nikt nie wie jednak, jakie umiejętności ma Kylie… Jakby życie nie było wystarczająco skomplikowane, na scenie pojawiają się Derek i Lucas – półelf i wilkołak, którzy zajmują znaczące miejsce w życiu i sercu Kylie.
                Moim pierwszym spostrzeżeniem po przeczytaniu kilkunastu stron było to, że wszystkie postacie bez wyjątku są niesamowicie płytkie i bezbarwne, a nastolatki zachowują się jakby co najmniej uległy uwstecznieniu rozwojowemu. Nie znalazłam tam ani jednego bohatera z typowym pazurem, dozą oryginalności, czymkolwiek, co wyróżniłoby go z tłumu. Pod tym względem autorka niestety się nie popisała. Zwalenie wszystkich nieszczęść świata na główną bohaterkę, która w efekcie tego będzie ciągle się nad sobą użalać  bynajmniej nie jest najlepszym zabiegiem. Mamy również epizodyczny motyw babci, o której wiemy szalenie dużo. Umarła. Tylko po co o tym wspominać, skoro właściwie ten fakt nie miał żadnego wpływu na fabułę? Chyba tylko po to, żeby dołożyć nieszczęść Kylie.
To niesamowite, jak zmienia się spojrzenie na wiele spraw, gdy się dowiadujesz, że może nie jesteś człowiekiem.
                Skoro zatem powyższy element nie wypalił, może fabuła nieco uratuje całość w ostatecznej ocenie? Tym razem również nie ma szału, a jest raczej przeciętność i schematy. Jedynie pod względem wątku miłosnego schemat się nie pojawia, ale o tym później. Czytając coraz to kolejne strony miałam dziwne wrażenie, że mimo tego, iż akcja teoretycznie pełzła do przodu - tak naprawdę nie działo się nic. Nie jestem pewna, czy dokładnie zrozumiecie co mam na myśli, w każdym razie chodzi mi o to, że niby coś tam miało miejsce, w większości jakieś drobnostki, zaś sama akcja pod względem ogólnym stała w miejscu.
                Gdy wszystko powyższe zawodzi, zawsze z ratunkiem przychodzi wątek miłosny. Tym razem autorka zaserwowała nam coś niesamowicie ciekawego i oryginalnego, choć raczej nie w ten sposób na jakim jej zależało. Schemat oczywiście mamy - jeden mroczny chłopak z przeszłości, jeden dobry z teraźniejszości. Ach, cóż to za trudny wybór! Oczywiście nasza główna bohaterka radzi sobie z nim na swój sposób, dziwny bo dziwny, ale jednak. Pojawia się tu również swego rodzaju paradoks, gdyż po pierwsze, nasza słodka Kylie broni swego wianuszka cnoty prawie tak zaciekle, jak rycerze swych grodów w średniowieczu. A po drugie, nie widzi najmniejszego problemu w wymianie płynami ustrojowymi z trzema facetami w niedużym odstępie czasu.  Autorka najwyraźniej chciała dać młodzieży przykład, że warto czekać z pewnymi sprawami na swego księcia, choć według mnie zrobiła to w niezwykle kulawy sposób.
                Poczucie humoru zaprezentowane w tej książce jest dość specyficzne i częściej przyprawiało mnie o uniesienie brwi niż o uśmiech. Dla sprostowania - podczas lektury me wargi nie uniosły się do góry ani razu. Nie chcę przesadnie tego elementu krytykować, gdyż zdaję sobie sprawę, że niektórym będzie on odpowiadał, mnie osobiście jednak zaprezentowane żarty nie bawiły i przywodziły raczej na myśl szalone czasy przełomu podstawówki z gimnazjum.
- Groziłaś, że sprzedaż jej krew na eBayu - zauważyła Kylie.
- Tam, skąd pochodzę, to podpada pod kłótnię.
- Tak, ale nie jesteś już w swoim świecie.
                Styl autorki jest raczej przeciętny, prosty, wciągający i przy tym w pewnym sensie przyjemny. Całość połyka się naprawdę szybko, dla przykładu - mi lektura zajęła zaledwie kilka godzin. Język zaś również nie należy do skomplikowanych, może nawet wręcz jest za prosty.
                Szczerze mówiąc rozczarowałam się nieziemsko, gdyż po tylu zachwytach i niezwykle wysokich ocenach naprawdę spodziewałam się czegoś więcej. Elementami działającymi nieco korzystniej na moją końcową ocenę były przede wszystkim - brak błędów i literówek, oraz bardzo ładne wydanie. Z kolei zabrakło mi tu jakiejś głębi i pazura. Oryginalności.
                Mimo tylu wad myślę, że w tej powieści krył się potencjał na coś lepszego niż jej wersja ostateczna, choć autorka nijak tego faktu nie wykorzystałam. Polecam przede wszystkim zatwardziałym fanom paranormal romance, czytelnikom młodszym oraz wszystkim, którzy szukają czegoś niezobowiązującego.


Ocena: 3/10

czwartek, 12 czerwca 2014

Filmowo: Niezgodna (2014)

               Ostatnimi czasy znów zekranizowano kolejną powieść, a ja znów przeraziłam się, mając w pamięci ogromne rozczarowanie po Darach Anioła. Tym razem jednak dla odmiany nie miałam wcześniej styczności z pierwowzorem, ba, nic nawet nie słyszałam na temat Niezgodnej. Opis brzmiał dla mnie średnio interesująco i nie miałam w planach tak szybkiego zasiadania przed ekranem, ostatecznie jednak pchnęła mnie do tego wakacyjno-maturalna nuda. Książkę również przeczytałam, tyle że dzień po obejrzeniu filmu. A jak wyglądają moje przemyślenia? Było źle, dobrze? Przeciętnie?
              Jeśli chodzi o grę aktorską samą w sobie - naprawdę nie mam zastrzeżeń. Wszyscy byli w miarę wiarygodni, przyjemni dla oka i nie wiało sztucznością, a to już plus. Nie miałam większych oczekiwać na temat ich wyglądu zewnętrznego, z racji tego, że nie czytałam książki, toteż nie było to dla mnie większym problemem. No może poza jedną sprawą. Niejaki Cztery był nastolatkiem. Jaki nastolatek wygląda aż tak dojrzale?
              Nie wolno jednak mylić 'dojrzale' z 'źle', gdyż ten pan robił na mnie raczej pozytywne wrażenie, a patrzenie na niego bez koszulki było czystą przyjemnością.
              Chce się aż zapytać - czy ten film ma zatem jakieś wady? Owszem, zauważyłam jedną rzecz i podczas oglądania ciągle liczyłam na to, że coś się zmieni. Niestety, nadzieja bywa matką głupich. Mam tu na myśli przede wszystkim relację między główną bohaterką, a Cztery. Każdy może bez trudu domyślić się, że zaiskrzy, a miłość rozsieje swój czar i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że większość ich rozmów składa się z kilku, w porywach kilkunastu wypowiedzianych do siebie słów. A potem nagle jest wybuch uczucia. Cóż, z pewnością mniej przeszkadzało to wszystkim, którzy wcześniej przeczytali książkę, gdyż mieli przed oczami nieco większy obraz ich więzi. Ja również go zyskałam, tyle że o dzień za późno.
              Miałam okazję poczytać wcześniej o narzekaniach kilku osób na temat ścieżki dźwiękowej i w trakcie oglądania domyśliłam się, co mogło im przeszkadzać. Fakt, kilka razy pojawia się ona w dość dziwnych momentach, jednocześnie według mnie nie do końca pasując do chwili. Niemniej jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia w ostatecznych wrażeniach.
              Co zatem z akcją? Na szczęście jest jest jej sporo, cały czas coś się dzieje, wszystko gna do przodu, a my zalewani jesteśmy ogromem emocji towarzyszących bohaterom. Pod tym względem jestem naprawdę usatysfakcjonowana. To samo tyczy się scenografii.
              Nie do końca z kolei przemówiły do mnie liczne podobieństwa do innych produkcji, chociażby do osławionych już Igrzysk Śmierci. Klimat towarzyszący podczas oglądania naprawdę często przypomina to, czego mieliśmy okazję zasmakować już wcześniej.
             Polecam ją wszystkim wątpiącym, przy czym chciałabym zaznaczyć, iż nie jest to wybitne dzieło kinematgrafii, pozwala jednak oderwać się od problemów codzienności. Sama przy filmie spędziłam niezwykle miło czas, dlatego serdecznie go polecam, gdyż według mnie ta ekranizacja nie została aż tak bardzo spartolona, jak wspomniane na samym początku Dary Anioła. Według mnie jest również lepsza od książki, choć zabrakło tu nieco większego rozbudowania więzy między bohaterami, niemniej jednak - polecam!

sobota, 7 czerwca 2014

Poza czasem - Alexandra Monir


Tytuł: Poza czasem
Autor: Alexandra Monir
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Jaguar

Okładka mówi: Kiedy rodzinę Michele Windsor dotyka tragedia, dziewczyna zmuszona jest przeprowadzić się z Los Angeles do Nowego Jorku, gdzie mieszkają jej bogaci i arystokratyczni dziadkowie, których nie poznała nigdy wcześniej. W ich starym, pełnym rodzinnych sekretów domu przy Fifth Avenue, Michele odkrywa największą tajemnicę: dziennik jednej z jej przodkiń, który ma niesamowitą moc: przenosi ją w czasie do 1910 roku, kiedy to został napisany. Tam, na wytwornym balu maskowym, Michele poznaje młodego mężczyznę o intensywnie niebieskich oczach, który przez całe życie nawiedzał ją w snach. Zakochuje się w nim i rozpoczyna romans nie z tego świata.

Moja opinia: 
                Tak, wiem. Miałam zrobić sobie chwilową przerwę od wszystkiego, co nie wystaje poza ramy paranormal romance, tym razem jednak ciekawość wygrała z osobistymi postanowieniami. Gdy wciśnięto mi w ręce Poza czasem, zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam stronę, później kolejną. A niedługo później zauważyłam, iż całą powieść mam już za sobą.
                Powieść Poza czasem zainteresowała mnie przede wszystkim swoją stosunkowo dość oryginalną fabułą. Michele Windsor jest zwykłą nastolatką, mieszka jedynie z mamą, ma przyjaciółki i prowadzi spokojne życie. Po śmierci swej jedynej opiekunki zostaje zmuszona do przeprowadzki do domu swych dziadków, których nigdy nie widziała wcześniej na oczy. Tam rozpoczyna się właściwa fabuła, podróże w czasie poprzez przedmioty z dawnych lat. Jak skończy się jej romans z Phillipem? Kim tak naprawdę był jej ojciec?
Nic na świecie nie jest w stanie cię zniszczyć poza tobą samą. Złe rzeczy przydarzają się wszystkim, ale kiedy trafia na ciebie, nie możesz po prostu rozpaść się na kawałeczki i umrzeć. Musisz walczyć.
                Zabierając się za lekturę miałam raczej średnie wymagania, nie spodziewałam się zbyt wiele i jednocześnie miałam nadzieję, że nie zawiodę się za bardzo. W końcu natknęłam się na tyle pozytywnych opinii
                Styl autorki bez wątpienia jest niezwykle przyjemny, choć chwilami zbyt krótkie zdania sprawiały wrażenie pociachanego tekstu. Język można uznać za prosty, bądź też niezbyt wygórowany, pod tym względem jednak naprawdę nie ma tragedii.
Nie umiem już żyć zwyczajnie, Muszę gonić czas. Popchnoł mnie nieodwracalnie Twoich oczu blask. Zabierz tam,gdzie przyjaciel czas Nigdy już nie rozdzieli nas. Zabierz mnie na szalony bal, Ściśnij dłoń - odfruniemy w dal.
                Niewątpliwą zaletą była tu akcja, która prężnie gnała do przodu, nie pozwalając czytelnikowi na nudę. Sam opis powieści brzmi dosyć oryginalnie, niestety bez większego trudu możemy przewidzieć co będzie dalej, nie ma więc co liczyć na spektakularne zwroty akcji, czy większe zaskoczenia związane z fabułą.
                Wątek miłosny wbrew pozorom był tu dosyć typowy, pomijając oczywiście fakt, że głównych bohaterów dzieliło mniej więcej sto lat. Za szybko padli sobie w ramiona, za szybko porwali się na górnolotne deklaracje.
                Postacie są dosyć ciekawie i interesujące, różnią się od siebie, mając przy tym własne, unikalne cechy charakteru. Ciekawie również zostały opisane wszystkie podróże w czasie, gdyż dzięki niezwykle szczegółowych opisów autorki, bez trudu możemy wczuć się w klimat tamtych czasów i wyruszyć razem z Michele w podróż.
                Sama mam dosyć mieszane uczucia po przeczytaniu, bardziej jednak przeważają one na stronę odczuć pozytywnych, gdyż naprawdę wciągnęłam się w powieść i spędziłam przy niej kilka godzin. Sama z radością sięgnę po kontynuacje, a polecam ją przede wszystkim czytelnikom nieco młodszym, mniej wymagającym, bądź też miłośniczkom romansów paranormalnych.



Ocena: 6/10

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Skromne podsumowanie miesiąca i czerwcowy stosik

             Witajcie! Maj, mój ulubiony miesiąc w tym roku był dla mnie co najmniej trudny i pracowity, a wszystkie swoje plany w ciągu ostatniego roku musiałam ściśle dopasowywać do matur - dlatego też czuję lekką ulgę, gdyż w końcu mam to za sobą. Jedynym wesołym akcentem były moje dziewiętnaste już urodziny, na które niestety nikt nie sprezentował mi żadnej powieści. W dodatku możecie pogratulować mi doskonałej pamięci - już po raz kolejny przypomniałam sobie o urodzinach bloga po kilku miesiącach, niemniej jednak uznałam, że warto wspomnieć o fakcie, iż Kochamy Czytanie ma już ponad trzy lata! Zaskakująco szybko minął mi ten czas, miałam za sobą sporo wzlotów i upadków, wciąż jednak tu jestem i zostanę na pewno na bardzo długo.
            Maj był dla mnie stosunkowo dobrym miesiącem i widać sporą poprawę chociażby w liczbie postów, jeśli chcemy porównać je liczbowo do miesięcy poprzednich. Na powrót znów wdrażam się do regularnego blogowania, a w planach mam nawet jeszcze częstsze publikowanie. Kto wie, może uda mi się dobić do jakże ładnej liczby dziesięciu postów miesięcznie?
            Statystyki były dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż nawet nie oczekiwałam, że liczba wyświetleń przekroczy 34 tysiące w tak krótkim czasie! Również liczba obserwatorów wzrosła do 172. Obie te liczby cieszą mnie i motywują do dalszej pracy nad blogiem, tak więc dziękuję wszystkim odwiedzającym! Nie ma nic lepszego niż świadomość, że człowiek nie pisze sam do siebie! ;)
            Jeśli zaś o posty chodzi, ich liczba wyniosła w minionym miesiącu 7, co dla mnie jest już całkiem niezłym wynikiem. Opublikowałam następujące posty:
- Podsumowanie kwietnia - Post raczej mało popularny, postanowiłam jednak wrócić do starej tradycji!
- Serialowo: Ravenswood - Nowy element na blogu, zapewne będzie pojawiał się co najmniej raz w miesiącu.
Pocałunek Anioła- Mary-Claire Helldorfer - Małe rozczarowanie
- Ludzie listy piszą 
- Mistrz- Katarzyna Michalak
- Jakim jestem czytelnikiem?
- Dni krwi i światła gwiazd - Laini Taylor

           

            Na koniec chciałabym zaprezentować mój stosik na czerwiec! Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami - staram się obecnie nieco ograniczyć ilościowo recenzje romansów paranormalnych, gdyż sama czuję się nimi przesycona. Od góry:
-Achaja Andrzej Ziemiański.
-Kapłanka w bieli Trudi Canavan
-Ostatnia z dzikich Trudi Canavan
-Głos bogów Trudi Canavan
          Wszystkie te pozycje przywiozłam z pobytu u przyjaciółki, a ich recenzje prawdopodobnie pojawią się jeszcze w tym miesiącu. Szczerze - nie mogę się doczekać, aż w końcu przeczytam je wszystkie!





poniedziałek, 26 maja 2014

Dni krwi i światła gwiazd - Laini Taylor


Tytuł: Dni krwi i światła gwiazd
Autor: Laini Taylor
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Amber

Okładka mówi: Dawno, dawno temu anioł i diablica zakochali się w sobie. Nie skończyło się to dobrze.
Bo ośmielili się marzyć o świecie bez wojny i rozlewu krwi.
Ale to nie był ich świat…

Na całym świecie muzea historii naturalnej donoszą o tajemniczych włamaniach.
Uskrzydlone armie przekraczają portal dzielący ich świat od naszego.
Odwieczna wojna wybucha ze straszliwą siłą.
A ci, którzy tak bardzo się kochają, stoją po przeciwnych stronach…

Moja opinia: 
                Po lekturze Córki dymu i kości byłam naprawdę oczarowana. Nie był to bezbrzeżny zachwyt, gdyż powieści tej brakowało kilku elementów do perfekcji, pełna jednak byłam naprawdę pozytywnych wrażeń i z ochotą zabrałam się za kontynuację. Może nie do końca słusznie postawiłam tomowi drugiemu poprzeczkę naprawdę wysoko. Czy słusznie? A może spotkało mnie ogromne rozczarowanie? O tym szerzej za chwilę.
                Siedemnastoletnia Karou, będąca niezwykle utalentowaną artystką w końcu poznała prawdę na temat swego pochodzenia, której tak długo szukała. Wydarzenia jednak przybierają dość tragiczny powrót, a ona traci członków swej przybranej rodziny być może na zawsze. Żeby dodać wszystkiemu nieco dramatyzmu warto wspomnieć, iż to właśnie jej ukochany ich zdradził. Rozpoczyna się walka o przetrwanie rasy Karou, która musi dokonać wielu trudnych wyborów.
(...)wspomnienia są jak muchy, można je odgadnąć, ale nic ich nie powstrzyma przed powrotem
                Elementami, które oczarowały mnie tak bardzo były przede wszystkim: barwność opisów, miejsc oraz występujących postaci, kreacje ich osobowości. Na plus działały również liczne zagadki połączone z naprawdę ciekawymi wątkami i wartkością akcji.
                Czy to samo dostaniemy w Dniach krwi i świetle gwiazd? Niestety nie do końca. Przede wszystkim zmienił się tu nieco rytm akcji, która w przeciwieństwie do tej z części pierwszej, znacząco zwolniła i toczy się niezbyt szybkim rytmem. Mamy sporo mentalnych wycieczek w przeszłość, wiele zagadek zostaje rozwikłanych, to oczywiście niezaprzeczalny fakt, jednak moim zdaniem wszystko zbyt powoli pełzło do przodu.
Dawno, dawno temu anioł i diablica zakochali się w sobie. Nie skończyło się to dobrze. Bo ośmielili marzyć o świecie bez wojny i rozlewu krwi Ale to nie był ich świat...
                Niewątpliwym plusem jest dość barwny język oraz ciekawy styl, jakim posługuje się autorka. Powieść wciąga również od pierwszej do ostatniej strony co sprawiło, że naprawdę szybko zakończyłam czytanie.
                Tematyka pozornie jest dość górnolotna - mamy walkę o ideały, o wolność, jest skomplikowany wątek miłosny. Mimo wszystko czegoś mi w tym zabrakło i mam tu na myśli dawkę emocji, która powinna być większa. Przeżywałam wszystkie wzloty oraz upadki razem z bohaterami, to fakt, jednak według mnie powinno to być nieco bardziej intensywne.
                Plusem natomiast jest poczucie humoru, którego również i w tej części nie zabrakło.
Martwe dusze marzą tylko o śmierci. Małe sny są dla małych ludzi. To życie rozprzestrzenia się, żeby wypełniać światy. Twoim panem może być życie albo śmierć. Spójrz na siebie. Jesteś Lordem prochów, Lordem popiołów. Plugawy w swoim zwycięstwie...Ciesz się nim, bo nigdy nie doświadczysz innego. Jesteś Lordem w kraju duchów i zawsze nim będziesz.

                Podsumowując, Dni krwi i światła gwiazd jest powieścią dobrą, jednak wywarła ona na mnie wrażenie słabsze od swej poprzedniczki. Polecam ją wszystkim, którzy już zaczęli swą przygodę z serią, radzę jednak nie zawyżać względem niej swych wymagań. Sama dam jeszcze jedną szansę autorce i zabiorę się również za tom trzeci, gdy tylko będzie dostępny. 

Ocena: 6/10

czwartek, 22 maja 2014

Jakim jestem czytelnikiem?

            Ostatnimi czasy na blogach pojawiła się kolejna zabawa, która tym razem dla odmiany - nieco mnie zainteresowała. W najbliższym czasie na blogu pojawią się dwie recenzje (Dni krwi i światła gwiazd oraz Płomień Crossa) i postanowiłam dodać między nie mały przerywnik. Poza tym, co sądzicie o obrazku obok? Nadawałby się na nagłówek mojego bloga?




Jakim jestem czytelnikiem?
1. Niecierpliwym. Zawsze po przeczytaniu książki, która naprawdę mi się spodoba - rozpaczliwie poszukuję kolejnych części i często cierpię, gdy okazuje się, że wyjdą one dopiero za kilka miesięcy.

2. Szczerze nie lubię pożyczać swoich książek, naprawdę. Wszystkie posiadane traktuję wręcz jak własne dzieci i przeważnie kilkanaście razy błagam kogoś, by mi ich nie zniszczył. Mimo to zdarzały się nawet bardzo widoczne uszkodzenia, a nawet przywłaszczenie sobie dwóch pozycji - dlatego prawdopodobnie przestanę już pożyczać, a zacznę odsyłać do biblioteki.

3. Nie przepadam za audiobookami. Mimo szczerych chęci zwyczajnie nie mogę się na nich skupić i po kilku minutach zaczynam rozmyślać nad sprawami doczesnymi, bądź badam wzrokiem pomieszczenie w którym się znajduję. Jedyny wyjątek dźwiękowy stanowią dla mnie nagrania z kursów językowych. Pozostałym mówię stanowcze NIE.

4. Jestem średnio przekonana do ebooków, mimo to jednak często zdarza mi się po nie sięgać. Czasem nie mogę pewnych pozycji znaleźć w bibliotece, bądź też nie mam już co czytać, a bardzo chciałabym się za coś zabrać. Wtedy wyszukuję w internecie tytuł i zabieram się do lektury, męczę jednak przy tym niesamowicie swe biedne oczy, gdyż nie posiadam czytnika.

5. Mimo szczerych chęci, w 75% przypadków sięgam po przemieszanie fantasy z paranormalem. Jest to w większej części wina sentymentu do tych gatunków, z drugiej strony jednak często jestem wobec nich niezwykle krytyczna w ocenie. W najbliższym czasie jednak planuję wyrównać nieco proporcje z innymi gatunkami, wprowadzając większą różnorodność na blogu.

6. Jestem wielką fanką kryminałów oraz powieści, które poruszają do głębi, po których czytelnika przez długi czas męczy kac książkowy. Właśnie rozglądam się za pozycją tego typu, gdyż chyba potrzebuję małego "kopa" emocjonalnego.

7. Uwielbiam grube okładki. Są według mnie o wiele ładniejsze, mimo to jednak często inwestuję w cienkie. Po prostu są tańsze i dzięki temu mogę kupić średnio jedną powieść więcej. Taka ze mnie czytelnicza ekonomistka ;)

8. Odmawiam sobie czasem jedzenia, by więcej pieniędzy odłożyć na książki.

9. Lubię zakładki i mam ich w swej kolekcji naprawdę wiele, mimo to jednak najczęściej zaznaczam stronę w książce chusteczką, skarpetką lub nawet listkiem tabletek. Tak już niestety mam.

10. Chowam w sobie raczej skrywaną sympatię do klasyki literatury. Coby nie zabrzmieć jak Ana bądź Bella sprostuję, że większą sympatią darzę nieco inne pozycje niż one.

11. Nie lubię, gdy ktoś zmusza mnie do czytania - dlatego też większość lektur z liceum mam zamiar przeczytać na spokojnie podczas moich najdłuższych wakacji, które niedawno się zaczęły. No, może poza Lalką i Potopem.

12. Uwielbiam patrzeć na książki, przeglądać je, wąchać i zawsze, gdy nie wiem co ze sobą zrobić - idę do księgarni. Panie kasjerki pewnie mają mnie za zombie, gdyż zawsze przychodzę, stracę kilkadziesiąt minut i wychodzę. Zamawiam z internetu, gdyż jest taniej (ekonomiczna odsłona mego charakteru cz. 2), nie potrafię jednak odmówić sobie tej przyjemności. Oprócz tego uwielbiam wszystko co książkowe, bądź z literaturą związane - a najbardziej kocham blogi książkowe.

13. Co roku z okazji urodzin (które notabene obchodziłam wczoraj) kupuję książkę w prezencie od Domi dla Domi. Jeszcze nie zdecydowałam, w co zainwestuję w tym roku.

A do zabawy zapraszam wszystkich chętnych. Miłego popołudnia ;)

poniedziałek, 19 maja 2014

Mistrz - Katarzyna Michalak


Tytuł: Mistrz
Autor: Katarzyna Michalak
Liczba stron: 312
Wydawnictwo: Filia

Okładka mówi: Najnowsza powieść Katarzyny Michalak, bestsellerowej autorki Poczekajki, Roku w Poziomce oraz Sklepiku z Niespodzianką. To pierwsza część „Serii z tulipanem”, otwierająca cykl: POLSKIE AUTORKI – ZMYSŁOWO I EROTYCZNIE.
„Mistrz” to sensacyjna powieść, pełna erotyzmu i namiętnych scen, nie przekraczających jednak granic dobrego smaku. Jest w niej wszystko, czego szukają miłośnicy gatunku: zbrodnia, tajemnica, intensywne relacje między bohaterami i bardzo gorąca atmosfera.

Moja opinia: 
            Katarzyna Michalak, autorka kilkunastu bestsellerowych powieści („Poczekajka”, „Rok w Poziomce”, „Sklepik z Niespodzianką”, „Mistrz”). 
Należy do najbardziej wszechstronnych polskich pisarek, swobodnie poruszając się między tak odmiennymi gatunkami jak powieść obyczajowa, sensacja, erotyk i fantasy. W planach ma również powieść historyczną i sagę rodzinną, jak również scenariusz serialu oraz komedii romantycznej. 
Jej prozę cechuje wyjątkowe nasilenie emocji, wartka akcja, błyskotliwe dialogi i wyraziści, wiarygodni bohaterowie, z którymi łatwo się utożsamić.
Na co dzień Katarzyna Michalak mieszka w wymarzonym domku gdzieś na mazowieckiej wsi, jest mamą dwóch chłopców, cieszy się spokojnym życiem, śpiewem ptaków, pięknem przyrody i… pisze nową powieść.
            Przed lekturą Mistrza o Katarzynie Michalak zdążyłam usłyszeć naprawdę wiele i były to opinie pełne skrajności, od bezbrzeżnych pochwał, po dość krytyczne recenzje. Sama nastawiona byłam niezwykle sceptycznie, nie czując przy tym zbyt wielkich chęci do zapoznania się z twórczością autorki, a już tym bardziej niechętnie zaczęłam do jej powieści podchodzić, gdy zobaczyłam, jak bardzo nie radzi sobie z krytyką.
            Nastał jednak taki moment, że nie miałam już za co się zabrać, znów więc polecono mi Mistrza. Pomyślałam więc, czemu by nie spróbować?
            Wystarczy zerknąć na słowa kluczowe opisujące powieść, by choć w małym stopniu móc wyobrazić sobie, jakiej tematyki ona dotyczy. Mamy tu erotyk, zbrodnię, mafię, narkotyki. Brzmi doprawdy interesująco, lecz czy naprawdę takie jest?
            Jeśli zaś o samą fabułę chodzi - wszystko rozpoczyna się od momentu, gdy dziewczyna przyjmuje zlecenie uwiedzenia niejakiego Raula. Następnie akcja przenosi się do podziemnego przejścia, gdzie Sonia zostaje świadkiem porachunku mafii. Zostaje więc porwana i wywieziona na Cypr, gdzie akcja toczy się już praktycznie do samego końca.
Jeden dzień może zmienić wszystko, ale czasem jedna noc zmienia jeszcze więcej.
            Brzmi w miarę interesująco, choć niestety jak to bywa z pozorami - potrafią nas boleśnie mylić. Na początek chciałabym powiedzieć nieco o bohaterach, nie wiedzieć czemu wszystkie ich imiona zwyczajnie mnie denerwowały, przywodząc wręcz na myśl jakąś telenowelę. Po lekturze kilku stron byłam pewna, że może Andżelika będzie naprawdę niezła w swej pracy i zaskoczy nas sposobem, którym spróbuje uwieźć mężczyznę. Nic bardziej mylnego, zwłaszcza, że przez resztę książki zachowuje się jak, za przeproszeniem - dziwka spod latarni. I to by było na tyle, jeśli chodzi o przejmującą historię dziewczyny- szpiega.
            Kolejną postacią, której chciałabym się nieco bardziej przyjrzeć jest Raul, będący mężczyzną nad wyraz łagodnym, jak na szefa mafii. Mimo tego, że podejrzewał Sonię o to, że została przez kogoś wysłana, zapewnił jej co najmniej królewskie warunki życia, a do tego się w niej zakochał. Nie wiem czemu, lecz mam wrażenie, że w prawdziwej wersji tej historii zapewne po prostu by ją zastrzelił.
Lizał jak spragniony pies, lizał jakby to była muszla pełna waniliowych lodów. Lizał tak, jakby miał za chwilę umrzeć z pragnienia, a jej soki były jedynym napojem w zasięgu ust...
            Kolejnym dobrym pośród 'złych' jest Paweł, będący postacią dość nijaką. W ramach ciekawostki dodam, że on również darzył Sonię nadmierną sympatią. Tak jak i Vincent.
            Książka ta określana jest mianem erotyku, w dodatku zmysłowego. Bynajmniej jednak nie dało się dostrzec odzwierciedlenia tych dwóch cech w scenach seksu, a prędzej nazwać  je można raczej nijakimi. Dodatkowo szczerze zdziwiło mnie określenie żeńskich narządów stosowane przez autorkę, mianowicie płeć. Czytałam bez większych problemów, aż tu nagle napotkałam to słowo, a w mej głowie rozległ się dźwięk zdartej płyty. Przez dobre kilka minut zastanawiałam się 'co autor miał na myśli'.
Sonia poczuła łzy pod powiekami. Dobre łzy. Znów miała kogo kochać. Miała dla kogo żyć. Miała z kim uciekać. I... miała do kogo wrócić.
            Drugim elementem nie przestającym mnie zadziwiać było zachowanie owej mafii, które mamy okazję podziwiać w Mistrzu. Tacy potulni, chwilami wręcz serdeczni? Zakochujący się w zakładnikach? Brakowało chyba jeszcze tego, żeby wzięli się za ręce i zaczęli tańczyć w kółko.
            Szczerze zdumiały mnie wybitnie pochlebne komentarze blogerów umieszczone na tylnej okładce, gdyż do arcy-fenomenu tej powieści jest naprawdę daleko. Pomijam już fakt, że po lekturze czułam się rozczarowana, może nawet trochę okłamana tymi przesadnie dobrymi słowami, nijak nie odzwierciedlającymi rzeczywistości.
            Mimo wszystko dopatrzyłam się kilku zalet, a pierwszą z nich będzie język autorki. Jest dość bogaty, przy tym jednak zrozumiały dla każdego. Całość czyta się naprawdę przyjemnie, a czas ucieka bardzo szybko podczas lektury. Do tego dodać możemy bardzo ładną okładkę.
            Nie jestem zachwycona, podejrzewam jednak, że fanom autorki się spodoba. Natomiast jeśli ktoś oczekuje, że w Mistrzu odnajdzie obraz prawdziwej mafii, przesycony erotyzmem i zmysłowością - ten raczej się rozczaruje.



Ocena: 4/10