niedziela, 22 czerwca 2014

Mechaniczny anioł - Cassandra Clare


Tytuł: Mechaniczny anioł
Autor: Cassandra Clare
Liczba stron: 472
Wydawnictwo: Mag

Moja opinia: 
                Twórczość Cassandry Clare poznałam dobre kilka lat temu. Po przeczytaniu kilku stron Miasta Kości postanowiłam zamówić od razu obie dostępne wtedy części, po czym zabrałam się za lekturę. Świat nocnych łowców oczarował mnie już od pierwszej strony, a dodatkowymi atutami było naprawdę świetne poczucie humoru w połączeniu z ciekawymi kreacjami bohaterów.
                Mechanicznego Anioła miałam w planach od bardzo dawna, wciąż jednak odwlekałam moment sięgnięcia po tę pozycję w obawie, że okaże się ona rozczarowaniem i nie utrzyma poziomu Darów Anioła. Czy słusznie? A może wręcz przeciwnie?
                Tessa Gray jest szesnastoletnią dziewczyną, którą poznajemy w momencie podróży do Anglii. Płynie ona tam w odwiedziny do swego starszego brata, na miejscu spotyka ją jednak coś, czego kompletnie się nie spodziewała. I poprzestanę na tym, nie chcąc psuć pozostałym zabawy przy odkrywaniu przygód z wiktoriańskim Londynem w tle.
                Mimo swoich wcześniejszych obaw praktycznie od pierwszych stron wciągnęłam się w historię Tessy i z zapartym tchem śledziłam jej losy. Jedną z moich pierwszych refleksji na temat Mechanicznego Anioła było to, że już w pierwszym rozdziale zdążyłam doświadczyć praktycznie wszystkich emocji, a każdą krzywdę bohaterki odczuwałam jak swoją własną.
,,Zawsze trzeba być ostrożnym z książkami i z tym, co w nich jest, bo słowa mają moc zmieniania ludzi."
                Wyraźnie odznacza się charakterystyczny klimat wiktoriańskiego Londynu, a opisy są niezwykle plastyczne, dzięki czemu bez trudu możemy wyobrazić sobie tamtejszą scenerię. Wątek ten jak dla mnie został rozwinięty w sposób dobry, dzięki czemu czułam się, jakbym osobiście miała okazję tam być.
                Kreacje bohaterów zawsze były mocną stroną Cassandry Clare. W Mechanicznym Aniele możemy odnaleźć sporo naprawdę ciekawych osobowości, zarysowanych w sposób wyraźny, wielowymiarowy. Każdy z nich ma indywidualne cechy i praktycznie nikogo nie możemy zaliczyć do szarej masy. Są bohaterowie, których kochamy już od pierwszych stron, jak i również ci, którzy dają nam szczere powody do nienawiści, a to jest dla mnie ogromnym plusem.
,,To w porządku kochać kogoś bez wzajemności, dopóki ten ktoś jest wart miłości. Dopóki na nią zasługuje."
                Powtarzałam już to wiele razy, powtórzę więc znów - uwielbiam poczucie humoru autorki. Jest ono pełne sarkazmu i ironii od których sama nie stronię, zapewne dlatego tak bardzo wbiło się w mój gust, dzięki czemu kilka razy śmiałam się w najlepsze podczas lektury.
                Styl autorki jest niezwykle ciekawy, pełen porównań i przy tym wciąga już od pierwszych stron. Również język możemy uznać za dość bogaty i zdecydowanie ciekawszy, niż ten prezentowany w większości powieści dla młodzieży. Obyło się bez przekleństw i tanich nawiązań do nastoletniego życia, a przy tym było naprawdę ciekawie i zabawnie. Z chęcią wskazałabym to jako przykład niektórym autorkom, brnącym w swym sileniu się na poczucie humoru w naprawdę złą stronę. W Mechanicznym Aniele czegoś takiego nie ma. A więc można? Można.
                Sporo naczytałam się na temat domniemanych podobieństw bohaterów do tych, których zdążyliśmy już poznać w Mieście Kości i wręcz obawiałam się pewnego rodzaju powielenia, jednakże go nie ma. Za to z pewnością Will'a nazwać można najmocniejszym charakterem powieści, tak jak Jace w Darach Anioła.
                Długo zwlekałam z kupnem i dziś jestem z tego wręcz zadowolona, gdyż obecnie w swoim posiadaniu mam wersję z nową, oryginalną okładką, która według mnie jest wręcz niesamowita. Wielką miłością darzę wydania oryginalne, dlatego też podwójnie cieszę się, że mam w swej biblioteczce i egzemplarze polskie i amerykańskie, które mimo wszystko prezentują się jeszcze lepiej. Natomiast okładki pierwszego polskiego wydania uczcijmy minutą ciszy.
,,Kimkolwiek jesteś, mężczyzną czy kobietą, osobą silną czy słabą, zdrową czy chorą... Wszystkie te rzeczy liczą się mniej niż to, co masz w sercu. Jeśli masz duszę wojownika, jesteś wojownikiem. Te inne rzeczy to szkło, które otacza lampę, a ty jesteś światłem w środku. Właśnie w to wierzę."
                Na koniec wspomnę o tym, iż naprawdę lubię przemyślenia pojawiające się w powieściach Cassandry Clare. Bez wątpienia dostrzec można drugie dno ubrane w ładne słowa, otoczone specyficznym poczuciem humoru, dużą dawką akcji, ciekawymi bohaterami oraz niezwykłym klimatem świata nocnych łowców. Brakuje mi tu jakiegoś drobnego elementu bym mogła wystawić tej pozycji ocenę najwyższą, myślę jednak, że jest ona naprawdę dobra. Pani Clare mówię trzy razy tak i z niecierpliwością oczekuję kolejnych powieści, mając jednocześnie nadzieję, że będą jeszcze lepsze.  






W serii ukazały się:
1. Mechaniczny anioł

czwartek, 19 czerwca 2014

Serialowo: Star Crossed (2014)

              Star Crossed jest kolejnym serialem stworzonym przez stację CW, a jego premiera miała miejsce około lutego 2014, o ile oczywiście dobrze zapamiętałam. Fabułę można określić mianem co najmniej dziwnej, ciekawej lub 'wyjątkowej'. Jak kto woli.
              W pierwszym odcinku mamy okazję podziwiać, jak statek niejakich Atrian rozbija się na ziemi, a lokalne władze traktują to jak inwazję na naszą piękną planetę. Po serdecznym powitaniu mamy okazję oglądać chłopca chowającego się w szopie. Znajduje go dziewczynka, przynosi trochę jedzenia i spędza z nim swój czas. Później zostaje on zabrany, a my wraz z akcją przenosimy się dokładnie dziesięć lat później. Wybrano atriańskich nastolatków do tego, by mogli oni chodzić do normalnego liceum wraz z ludźmi. Czyż nie brzmi to niedorzecznie? Może trochę. Czy nie jest pełne absurdów? Owszem.
               Mimo to jednak ogląda się ten serial ze szczerą przyjemnością, no chyba, że ktoś ma niesamowicie wygórowane oczekiwania - w takim wypadku może się ostro zawieść. Sama podeszłam do niego na zasadzie kolejnego czasoumilacza po niezwykle trudnym roku pełnym nauki, matury, matury, nauki oraz matury. Po czymś takim chyba każdy potrzebuje małego umysłowego urlopu i szuka swej własnej recepty na odpoczynek. Ja wybrałam luźne seriale. Niestety, Star Crossed liczy sobie tylko 13 odcinków, co równa się jednemu pełnemu sezonowi, nie dane nam jednak będzie doczekać kolejnych - został on anulowany, jak zdecydowana większość seriali pojawiających się w ostatnim czasie. Niestety.
                Skłamałabym mówiąc, że wygląd zewnętrzny aktorów nie miał dla mnie znaczenia. Szczerze mówiąc - moją uwagę praktycznie od początku przyciągnął Roman, którego możemy podziwiać po lewej stronie. Jest on postacią niezwykle przyjemną, nie stroni od sarkazmu, zdaje się być inteligentny, zwyczajnie doby i skrywa gdzieś sobie wrażliwość. Istny ideał, prawda? Do tego dorzucimy jeszcze naprawdę fajne ciało! I nagle przyjemność z oglądania serialu wzrasta o jakieś tysiąc punktów, o ile oczywiście w jakimś stopniu uroczy Roman wstrzeli się w niewieście gusta. Jedynym elementem średnio do mnie przemawiającym była ta śmieszna fryzura, kojarząca mi się ciągle z rogiem jednorożca, nie można mieć jednak wszystkiego. Osobiście mówię mu trzy razy TAK. I wcale nie oglądałam tego serialu głównie dla niego. Wcale.
                 Jeśli chodzi o całą resztę postaci, mamy dosłownie wszystkie typy bohaterów, jakie powinny się znaleźć w serialu młodzieżowym. Jest altruistyczna główna bohaterka, niezbyt lotna umysłowo znajoma, oddana najlepsza przyjaciółka, męski ideał na nogach, bad boy coby dopełnić trójkąt miłosny. A po prawej mamy okazję podziwiać Graysona - nie powiem, żebym przesadnie przepadała za jego postacią, gdyż byłoby to kłamstwo. Z drugiej strony jednak lubiłam na niego po prostu popatrzeć i liczę, że zostanie zaangażowany do kolejnych seriali na CW! Jeśli ktoś oglądał chociażby The Secret Circle, ten wie, że i tam również się on pojawił.
               Fabuła sama w sobie jest dość ciekawa, choć pod koniec wszystko zaczyna iść w dziwnym kierunku. Akcji jest sporo, ciągle coś się dzieje i nie mamy większych przestojów między kolejnymi wydarzeniami, tradycyjnie już jednak w prawie każdym odcinku pojawiają się imprezy okolicznościowe, to już chyba znak rozpoznawczy tej stacji. Do gustu niezwykle przypadła mi ścieżka dźwiękowa. Nie zapamiętałam żadnych konkretnych utworów, naprawdę jednak fajnie wkomponowała się w całość i można powiedzieć, że był to jeden z lepszych elementów Star Crossed.
              Podsumowując, jest to serial raczej luźniejszy, idealny do odstresowania się, gdyż w tej roli sprawdza się idealnie. Nie radziłabym oczekiwać od niego zbyt wiele, gdyż można by się rozczarować, jeśli jednak ktoś potrzebuje zabić czas, a nie wie jak - zapraszam do obejrzenia SC.
A wy co myślicie o tym serialu? ;)

wtorek, 17 czerwca 2014

Kapłanka w bieli - Trudi Canavan


Tytuł: Kapłanka w bieli
Autor: Trudi Canavan
Liczba stron: 682
Wydawnictwo: Galeria Książki

Moja opinia:
                Po paranormal romance najczęściej sięgałam z powodów dość prostych. To jeden z popularniejszych gatunków wśród ludzi młodych, ciągle pojawiają się nowe pozycje i najczęściej jedyną różnicą między nimi są powielone schematy. Stety bądź też nie - tego typu powieści najczęściej podrzucali mi znajomi oraz przyjaciele, któregoś dnia jednak powiedziałam dość. Zbyt wiele rozczarowań miałam za sobą, by dalej siedzieć w tym samym i właśnie ta refleksja zachęciła mnie do zmiany klimatu. Na pierwszy ogień wybrałam przede wszystkim fantasy oraz kryminały, a przy tym pierwszą przeczytaną lekturą była Kapłanka w bieli. Pomimo naprawdę wielu pozytywnych opinii pełna byłam dziwnego przeczucia, że dostanę niekoniecznie to, czego cały czas się spodziewam. Jak było naprawdę? W poniższych akapitach spróbuję zmierzyć się z oceną Kapłanki w bieli, czyli pierwszej książki Trudi Canavan po jaką zdecydowałam się sięgnąć.
                Trudi Canavan urodziła się w 1969 roku mieszka w Melbourne, w Australii. Jest ilustratorką i projektantką, pracuje między innymi jako szefowa działu graficznego Aurealis - australijskiego czasopisma poświęconego fantasy i science fiction. Jej pierwsza opublikowana historia, "Whispers of the Mist Children", otrzymała w 1999 roku nagrodę Aurealis dla najlepszego opowiadania fantasy. Od czasu wydania bestsellerowej Trylogii Czarnego Maga jest jednym z najpoczytniejszych autorów w Wielkiej Brytanii, Australii i w USA.
                O autorce słyszałam naprawdę sporo, gdyż nie dało się przeoczyć wszechobecnych pozytywnych opinii oraz książek na sklepowych wystawach, na które co rusz natykałam się kilka lat temu. Nawet będąc w USA zdążyłam zauważyć, jak Trudi Canavan stała się sławna.
Nie można zmusić serca by wybierało rozsądnie. Samo podejmuje decyzje.
                Nie wiem czy jestem odosobniona w swych uczuciach, jednak przez bite sześćset stron miałam wrażenie, że główna bohaterka Auraya jest postacią nijaką. Po tak wielu stronach, które mam za sobą przeważnie bez trudu jestem w stanie sporo o danej postaci powiedzieć, a w tym przypadku żadne jej widoczne cechy nie przychodzą mi do głowy. No, może poza tolerancją i miłosierdziem okazywanym większości istot. Jeśli zaś o pozostałych bohaterów chodzi, możemy znaleźć tutaj nieco dokładniej zarysowane charaktery, choć niestety jest ich trochę za mało. Osobiście z niewiadomych przyczyn zapałałam przeogromną sympatią skierowaną do Leiarda, gdyż już od pierwszych stron zaintrygowała mnie jego historia. Nie chcę spojlerować, zdradzę więc tylko tyle, że moje zainteresowanie jego osobą wzrosło wraz z biegiem wydarzeń oraz ze zjawiskiem, które dotknęło go w zasadzie już na samym początku.
                Jeśli miałabym wskazać coś, co w powieści Trudi Canavan zrobiło na mnie największe wrażenie, raczej bez wahania wybrałabym styl, jakim posługuje się autorka. Jest naprawdę ciekawy, wciągający i sprawił, że dosłownie połknęłam w kilka godzin pierwsze czterysta stron. Język również jest dobrą stroną Kapłanki w bieli i nie ma sensu porównywać go do powieści, po które zdarzało mi się ostatnio sięgać, gdyż jest o niebo bogatszy i ciekawszy.
                Cała historia pokazana jest z perspektywy bardzo wielu osób, co pozornie jest dobrym i interesującym rozwiązaniem, na dłuższą metę jednak stawało się nieco nazbyt uciążliwe. Za każdym razem, gdy przywykałam do kolejnej postaci, nagle perspektywa ulegała zmianie i znów brnęłam przez historię z kimś innym.
                Dla równowagi dodam, że kolejną dobrą stroną tej powieści był zbudowany świat, w którym mamy okazję przebywać razem z bohaterami. Jest on niezwykle rozległy, przy tym intrygujący i naprawdę bogaty. Nie jestem w stanie powiedzieć jak wypada on w porównaniu do innych dzieł autorki oraz czy powiela on jakikolwiek schemat, toteż pominę tę kwestię.
Szczęśliwe zakończenie to luksus na jaki może pozwolić sobie fikcja.
                Akcja w powieści ma swoje regularne tempo i toczy się w nim do przodu, jak dla mnie niestety miało to miejsce zbyt wolno. Przez całą lekturę liczyłam na szybszy rozwój akcji, na coś niespodziewanego co mnie zaskoczy. Nic jednak nie zmieniło się od początku do końca. Odnosiłam również wrażenie, że całość została nieco bardziej rozwleczona i może na dobre wyszłoby autorce skrócenie nieco tego opasłego tomiska na rzecz większej ilości akcji.
                Swoje pierwsze spotkanie z Trudi Canavan będę wspominać dobrze, choć zabrakło mi tu tego czegoś, co sprawiłoby, że zapamiętałabym tę pozycję na długo i zaliczyła ją do swoich ulubionych. Sporo osób poinformowało mnie, że w kolejnych częściach wszystko zmienia się na lepsze, jednak nawet bez tych rekomendacji dałabym autorce szansę i zabrałabym się za lekturę pozostałych dwóch tomów Ery pięciorga.

                Polecam przede wszystkim fanom spokojnego rozwoju wydarzeń, którzy będą woleli delektować się językiem, stylem oraz opisami. Odradzam z kolei fanom wartkiej akcji i szybkiego tempa rozwoju wydarzeń, gdyż niechybnie mogą się rozczarować. 

Ocena: 6/10

sobota, 14 czerwca 2014

Urodzona o północy - C.C. Hunter


Tytuł: Urodzona o północy
Autor: C.C. Hunter
Liczba stron: 365
Wydawnictwo: Feeria

Moja opinia: 
                Często ostatnio miałam okazję natknąć się na niezwykle pozytywne opinie o powieści Urodzona o północy. Po sprawdzeniu opinii na co niektórych portalach zobaczyłam, że zbiera ona w dominującej części same pozytywne recenzje i niezwykle wysokie oceny, pomyślałam więc sobie, to musi być jakieś arcydzieło! Tak właśnie zaczęła się moja szalenie pasjonująca przygoda z dziełem autorstwa C.C. Hunter. Dodatkowym wabikiem była dla mnie przede wszystkim okładka, która przywodziła wzrok ciekawym motywem oraz kolorystyką, a również opis dawał nadzieję na coś, co będzie co najmniej przeciętne lub dobre. Jedynym wnioskiem jaki można wyciągnąć po lekturze powieści na temat tych wszystkich wabików jest ulubione powiedzenie House'a. Ale przejdźmy już do samej fabuły.
                Życie Kylie Galen zdaje się walić w gruzy. Umiera jej ukochana babcia, rzuca ją chłopak, jej rodzice się rozstają, a w dodatku ciągle widuje dziwną postać, której nikt poza nią zdaje się nie zauważać… Pewnego wieczora Kylie Galen ląduje na nieodpowiedniej imprezie z nieodpowiednimi ludźmi i to zmienia jej życie na zawsze. Matka wysyła ją do Wodospadów Cienia – na obóz dla trudnej młodzieży. Sformułowanie „trudna” jednak niezupełnie określa jej współobozowiczów. Okazuje się, że wraz z nią mieszkają tu wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, czarownice, elfy i inne nastolatki o ponadnaturalnych zdolnościach. Nikt nie wie jednak, jakie umiejętności ma Kylie… Jakby życie nie było wystarczająco skomplikowane, na scenie pojawiają się Derek i Lucas – półelf i wilkołak, którzy zajmują znaczące miejsce w życiu i sercu Kylie.
                Moim pierwszym spostrzeżeniem po przeczytaniu kilkunastu stron było to, że wszystkie postacie bez wyjątku są niesamowicie płytkie i bezbarwne, a nastolatki zachowują się jakby co najmniej uległy uwstecznieniu rozwojowemu. Nie znalazłam tam ani jednego bohatera z typowym pazurem, dozą oryginalności, czymkolwiek, co wyróżniłoby go z tłumu. Pod tym względem autorka niestety się nie popisała. Zwalenie wszystkich nieszczęść świata na główną bohaterkę, która w efekcie tego będzie ciągle się nad sobą użalać  bynajmniej nie jest najlepszym zabiegiem. Mamy również epizodyczny motyw babci, o której wiemy szalenie dużo. Umarła. Tylko po co o tym wspominać, skoro właściwie ten fakt nie miał żadnego wpływu na fabułę? Chyba tylko po to, żeby dołożyć nieszczęść Kylie.
To niesamowite, jak zmienia się spojrzenie na wiele spraw, gdy się dowiadujesz, że może nie jesteś człowiekiem.
                Skoro zatem powyższy element nie wypalił, może fabuła nieco uratuje całość w ostatecznej ocenie? Tym razem również nie ma szału, a jest raczej przeciętność i schematy. Jedynie pod względem wątku miłosnego schemat się nie pojawia, ale o tym później. Czytając coraz to kolejne strony miałam dziwne wrażenie, że mimo tego, iż akcja teoretycznie pełzła do przodu - tak naprawdę nie działo się nic. Nie jestem pewna, czy dokładnie zrozumiecie co mam na myśli, w każdym razie chodzi mi o to, że niby coś tam miało miejsce, w większości jakieś drobnostki, zaś sama akcja pod względem ogólnym stała w miejscu.
                Gdy wszystko powyższe zawodzi, zawsze z ratunkiem przychodzi wątek miłosny. Tym razem autorka zaserwowała nam coś niesamowicie ciekawego i oryginalnego, choć raczej nie w ten sposób na jakim jej zależało. Schemat oczywiście mamy - jeden mroczny chłopak z przeszłości, jeden dobry z teraźniejszości. Ach, cóż to za trudny wybór! Oczywiście nasza główna bohaterka radzi sobie z nim na swój sposób, dziwny bo dziwny, ale jednak. Pojawia się tu również swego rodzaju paradoks, gdyż po pierwsze, nasza słodka Kylie broni swego wianuszka cnoty prawie tak zaciekle, jak rycerze swych grodów w średniowieczu. A po drugie, nie widzi najmniejszego problemu w wymianie płynami ustrojowymi z trzema facetami w niedużym odstępie czasu.  Autorka najwyraźniej chciała dać młodzieży przykład, że warto czekać z pewnymi sprawami na swego księcia, choć według mnie zrobiła to w niezwykle kulawy sposób.
                Poczucie humoru zaprezentowane w tej książce jest dość specyficzne i częściej przyprawiało mnie o uniesienie brwi niż o uśmiech. Dla sprostowania - podczas lektury me wargi nie uniosły się do góry ani razu. Nie chcę przesadnie tego elementu krytykować, gdyż zdaję sobie sprawę, że niektórym będzie on odpowiadał, mnie osobiście jednak zaprezentowane żarty nie bawiły i przywodziły raczej na myśl szalone czasy przełomu podstawówki z gimnazjum.
- Groziłaś, że sprzedaż jej krew na eBayu - zauważyła Kylie.
- Tam, skąd pochodzę, to podpada pod kłótnię.
- Tak, ale nie jesteś już w swoim świecie.
                Styl autorki jest raczej przeciętny, prosty, wciągający i przy tym w pewnym sensie przyjemny. Całość połyka się naprawdę szybko, dla przykładu - mi lektura zajęła zaledwie kilka godzin. Język zaś również nie należy do skomplikowanych, może nawet wręcz jest za prosty.
                Szczerze mówiąc rozczarowałam się nieziemsko, gdyż po tylu zachwytach i niezwykle wysokich ocenach naprawdę spodziewałam się czegoś więcej. Elementami działającymi nieco korzystniej na moją końcową ocenę były przede wszystkim - brak błędów i literówek, oraz bardzo ładne wydanie. Z kolei zabrakło mi tu jakiejś głębi i pazura. Oryginalności.
                Mimo tylu wad myślę, że w tej powieści krył się potencjał na coś lepszego niż jej wersja ostateczna, choć autorka nijak tego faktu nie wykorzystałam. Polecam przede wszystkim zatwardziałym fanom paranormal romance, czytelnikom młodszym oraz wszystkim, którzy szukają czegoś niezobowiązującego.


Ocena: 3/10

czwartek, 12 czerwca 2014

Filmowo: Niezgodna (2014)

               Ostatnimi czasy znów zekranizowano kolejną powieść, a ja znów przeraziłam się, mając w pamięci ogromne rozczarowanie po Darach Anioła. Tym razem jednak dla odmiany nie miałam wcześniej styczności z pierwowzorem, ba, nic nawet nie słyszałam na temat Niezgodnej. Opis brzmiał dla mnie średnio interesująco i nie miałam w planach tak szybkiego zasiadania przed ekranem, ostatecznie jednak pchnęła mnie do tego wakacyjno-maturalna nuda. Książkę również przeczytałam, tyle że dzień po obejrzeniu filmu. A jak wyglądają moje przemyślenia? Było źle, dobrze? Przeciętnie?
              Jeśli chodzi o grę aktorską samą w sobie - naprawdę nie mam zastrzeżeń. Wszyscy byli w miarę wiarygodni, przyjemni dla oka i nie wiało sztucznością, a to już plus. Nie miałam większych oczekiwać na temat ich wyglądu zewnętrznego, z racji tego, że nie czytałam książki, toteż nie było to dla mnie większym problemem. No może poza jedną sprawą. Niejaki Cztery był nastolatkiem. Jaki nastolatek wygląda aż tak dojrzale?
              Nie wolno jednak mylić 'dojrzale' z 'źle', gdyż ten pan robił na mnie raczej pozytywne wrażenie, a patrzenie na niego bez koszulki było czystą przyjemnością.
              Chce się aż zapytać - czy ten film ma zatem jakieś wady? Owszem, zauważyłam jedną rzecz i podczas oglądania ciągle liczyłam na to, że coś się zmieni. Niestety, nadzieja bywa matką głupich. Mam tu na myśli przede wszystkim relację między główną bohaterką, a Cztery. Każdy może bez trudu domyślić się, że zaiskrzy, a miłość rozsieje swój czar i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że większość ich rozmów składa się z kilku, w porywach kilkunastu wypowiedzianych do siebie słów. A potem nagle jest wybuch uczucia. Cóż, z pewnością mniej przeszkadzało to wszystkim, którzy wcześniej przeczytali książkę, gdyż mieli przed oczami nieco większy obraz ich więzi. Ja również go zyskałam, tyle że o dzień za późno.
              Miałam okazję poczytać wcześniej o narzekaniach kilku osób na temat ścieżki dźwiękowej i w trakcie oglądania domyśliłam się, co mogło im przeszkadzać. Fakt, kilka razy pojawia się ona w dość dziwnych momentach, jednocześnie według mnie nie do końca pasując do chwili. Niemniej jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia w ostatecznych wrażeniach.
              Co zatem z akcją? Na szczęście jest jest jej sporo, cały czas coś się dzieje, wszystko gna do przodu, a my zalewani jesteśmy ogromem emocji towarzyszących bohaterom. Pod tym względem jestem naprawdę usatysfakcjonowana. To samo tyczy się scenografii.
              Nie do końca z kolei przemówiły do mnie liczne podobieństwa do innych produkcji, chociażby do osławionych już Igrzysk Śmierci. Klimat towarzyszący podczas oglądania naprawdę często przypomina to, czego mieliśmy okazję zasmakować już wcześniej.
             Polecam ją wszystkim wątpiącym, przy czym chciałabym zaznaczyć, iż nie jest to wybitne dzieło kinematgrafii, pozwala jednak oderwać się od problemów codzienności. Sama przy filmie spędziłam niezwykle miło czas, dlatego serdecznie go polecam, gdyż według mnie ta ekranizacja nie została aż tak bardzo spartolona, jak wspomniane na samym początku Dary Anioła. Według mnie jest również lepsza od książki, choć zabrakło tu nieco większego rozbudowania więzy między bohaterami, niemniej jednak - polecam!

sobota, 7 czerwca 2014

Poza czasem - Alexandra Monir


Tytuł: Poza czasem
Autor: Alexandra Monir
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Jaguar

Okładka mówi: Kiedy rodzinę Michele Windsor dotyka tragedia, dziewczyna zmuszona jest przeprowadzić się z Los Angeles do Nowego Jorku, gdzie mieszkają jej bogaci i arystokratyczni dziadkowie, których nie poznała nigdy wcześniej. W ich starym, pełnym rodzinnych sekretów domu przy Fifth Avenue, Michele odkrywa największą tajemnicę: dziennik jednej z jej przodkiń, który ma niesamowitą moc: przenosi ją w czasie do 1910 roku, kiedy to został napisany. Tam, na wytwornym balu maskowym, Michele poznaje młodego mężczyznę o intensywnie niebieskich oczach, który przez całe życie nawiedzał ją w snach. Zakochuje się w nim i rozpoczyna romans nie z tego świata.

Moja opinia: 
                Tak, wiem. Miałam zrobić sobie chwilową przerwę od wszystkiego, co nie wystaje poza ramy paranormal romance, tym razem jednak ciekawość wygrała z osobistymi postanowieniami. Gdy wciśnięto mi w ręce Poza czasem, zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam stronę, później kolejną. A niedługo później zauważyłam, iż całą powieść mam już za sobą.
                Powieść Poza czasem zainteresowała mnie przede wszystkim swoją stosunkowo dość oryginalną fabułą. Michele Windsor jest zwykłą nastolatką, mieszka jedynie z mamą, ma przyjaciółki i prowadzi spokojne życie. Po śmierci swej jedynej opiekunki zostaje zmuszona do przeprowadzki do domu swych dziadków, których nigdy nie widziała wcześniej na oczy. Tam rozpoczyna się właściwa fabuła, podróże w czasie poprzez przedmioty z dawnych lat. Jak skończy się jej romans z Phillipem? Kim tak naprawdę był jej ojciec?
Nic na świecie nie jest w stanie cię zniszczyć poza tobą samą. Złe rzeczy przydarzają się wszystkim, ale kiedy trafia na ciebie, nie możesz po prostu rozpaść się na kawałeczki i umrzeć. Musisz walczyć.
                Zabierając się za lekturę miałam raczej średnie wymagania, nie spodziewałam się zbyt wiele i jednocześnie miałam nadzieję, że nie zawiodę się za bardzo. W końcu natknęłam się na tyle pozytywnych opinii
                Styl autorki bez wątpienia jest niezwykle przyjemny, choć chwilami zbyt krótkie zdania sprawiały wrażenie pociachanego tekstu. Język można uznać za prosty, bądź też niezbyt wygórowany, pod tym względem jednak naprawdę nie ma tragedii.
Nie umiem już żyć zwyczajnie, Muszę gonić czas. Popchnoł mnie nieodwracalnie Twoich oczu blask. Zabierz tam,gdzie przyjaciel czas Nigdy już nie rozdzieli nas. Zabierz mnie na szalony bal, Ściśnij dłoń - odfruniemy w dal.
                Niewątpliwą zaletą była tu akcja, która prężnie gnała do przodu, nie pozwalając czytelnikowi na nudę. Sam opis powieści brzmi dosyć oryginalnie, niestety bez większego trudu możemy przewidzieć co będzie dalej, nie ma więc co liczyć na spektakularne zwroty akcji, czy większe zaskoczenia związane z fabułą.
                Wątek miłosny wbrew pozorom był tu dosyć typowy, pomijając oczywiście fakt, że głównych bohaterów dzieliło mniej więcej sto lat. Za szybko padli sobie w ramiona, za szybko porwali się na górnolotne deklaracje.
                Postacie są dosyć ciekawie i interesujące, różnią się od siebie, mając przy tym własne, unikalne cechy charakteru. Ciekawie również zostały opisane wszystkie podróże w czasie, gdyż dzięki niezwykle szczegółowych opisów autorki, bez trudu możemy wczuć się w klimat tamtych czasów i wyruszyć razem z Michele w podróż.
                Sama mam dosyć mieszane uczucia po przeczytaniu, bardziej jednak przeważają one na stronę odczuć pozytywnych, gdyż naprawdę wciągnęłam się w powieść i spędziłam przy niej kilka godzin. Sama z radością sięgnę po kontynuacje, a polecam ją przede wszystkim czytelnikom nieco młodszym, mniej wymagającym, bądź też miłośniczkom romansów paranormalnych.



Ocena: 6/10

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Skromne podsumowanie miesiąca i czerwcowy stosik

             Witajcie! Maj, mój ulubiony miesiąc w tym roku był dla mnie co najmniej trudny i pracowity, a wszystkie swoje plany w ciągu ostatniego roku musiałam ściśle dopasowywać do matur - dlatego też czuję lekką ulgę, gdyż w końcu mam to za sobą. Jedynym wesołym akcentem były moje dziewiętnaste już urodziny, na które niestety nikt nie sprezentował mi żadnej powieści. W dodatku możecie pogratulować mi doskonałej pamięci - już po raz kolejny przypomniałam sobie o urodzinach bloga po kilku miesiącach, niemniej jednak uznałam, że warto wspomnieć o fakcie, iż Kochamy Czytanie ma już ponad trzy lata! Zaskakująco szybko minął mi ten czas, miałam za sobą sporo wzlotów i upadków, wciąż jednak tu jestem i zostanę na pewno na bardzo długo.
            Maj był dla mnie stosunkowo dobrym miesiącem i widać sporą poprawę chociażby w liczbie postów, jeśli chcemy porównać je liczbowo do miesięcy poprzednich. Na powrót znów wdrażam się do regularnego blogowania, a w planach mam nawet jeszcze częstsze publikowanie. Kto wie, może uda mi się dobić do jakże ładnej liczby dziesięciu postów miesięcznie?
            Statystyki były dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż nawet nie oczekiwałam, że liczba wyświetleń przekroczy 34 tysiące w tak krótkim czasie! Również liczba obserwatorów wzrosła do 172. Obie te liczby cieszą mnie i motywują do dalszej pracy nad blogiem, tak więc dziękuję wszystkim odwiedzającym! Nie ma nic lepszego niż świadomość, że człowiek nie pisze sam do siebie! ;)
            Jeśli zaś o posty chodzi, ich liczba wyniosła w minionym miesiącu 7, co dla mnie jest już całkiem niezłym wynikiem. Opublikowałam następujące posty:
- Podsumowanie kwietnia - Post raczej mało popularny, postanowiłam jednak wrócić do starej tradycji!
- Serialowo: Ravenswood - Nowy element na blogu, zapewne będzie pojawiał się co najmniej raz w miesiącu.
Pocałunek Anioła- Mary-Claire Helldorfer - Małe rozczarowanie
- Ludzie listy piszą 
- Mistrz- Katarzyna Michalak
- Jakim jestem czytelnikiem?
- Dni krwi i światła gwiazd - Laini Taylor

           

            Na koniec chciałabym zaprezentować mój stosik na czerwiec! Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami - staram się obecnie nieco ograniczyć ilościowo recenzje romansów paranormalnych, gdyż sama czuję się nimi przesycona. Od góry:
-Achaja Andrzej Ziemiański.
-Kapłanka w bieli Trudi Canavan
-Ostatnia z dzikich Trudi Canavan
-Głos bogów Trudi Canavan
          Wszystkie te pozycje przywiozłam z pobytu u przyjaciółki, a ich recenzje prawdopodobnie pojawią się jeszcze w tym miesiącu. Szczerze - nie mogę się doczekać, aż w końcu przeczytam je wszystkie!