niedziela, 14 września 2014

Filmowo: Gwiazd naszych wina (2014)

                O Gwiazd naszych wina słyszało już zapewne dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa, zapewne więc nawet nie muszę po raz kolejny przybliżać ani bohaterów, ani też fabuły. Długo wahałam się nad tym, czy jest w ogóle sens zabierać się za ekranizację w momencie, gdy panuje na nią tak ogromny szał. Któregoś dnia jednak nie miałam totalnie nic do obejrzenia, stwierdziłam więc, czemu nie?
                Nie czytałam książki, dlatego też nie miałam kompletnie żadnych wymagań i oczekiwań względem obsady aktorskiej. Wszyscy wydali mi się zatem całkiem nieźli, przede wszystkim przyjemni dla oka i dość autentyczni, dlatego ten element Gwiazd jest raczej plusem.
                Jeśli mam być szczera - czułam totalny odrzut emocjonalny zarówno od powieści jak i od filmu, gdyż czułam, że na pewno nie będzie to dokładnie to, czego chciałabym się spodziewać. Muszę przyznać, że w przynajmniej małej części miałam rację. 

                Historia przedstawiona w tym filmie jest naprawdę przyjemna, momentami zabawna, czasem nieco bardziej poruszająca i smutna, acz ostatecznie niesie w sobie więcej pozytywów. Pokazuje nam uczucie o którym zapewne marzy każda nastolatka - takie, które nawet w obliczu śmierci nie blaknie, a jedynie rośnie w siłę. Mamy również śmiertelne choroby, z którymi nasi bohaterowie musieli zderzyć się już w tak młodym wieku. Nie wiem, czy tylko ja mam wrażenie, jakoby był to dość popularny motyw w ostatnich latach?
                Mimo tego wszystkiego co jakiś czas nachodziła mnie myśl, że jest to typowy łamacz nastoletnich serc, pod którym poza wzruszającą historią o miłości nastolatków nie kryje się nic więcej. Jestem w stanie zrozumieć ludzkie marzenia o idealizmie i co za tym idzie, o takie właśnie miłości, jaką nam pokazano. I tu pojawiają się schody, gdyż trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę jest ona możliwa?
             
                Szczerze powiedziawszy - uroniłam kilka łez podczas oglądania Gwiazd naszych wina. Nie tyle chodziło jednak o moje wzruszenie historią samą w sobie, gdyż szczerze mówiąc płakałam nad własnymi wspomnieniami. Miałam w rodzinie kogoś bardzo mi bliskiego, kto umarł na poważną chorobę i aż za dobrze wiem, że w realnym życiu takie historie pełniejsze są w prawdziwy dramat, uboższe natomiast o tę szczyptę humoru i sarkazmu, której w GNW nie zabrakło. Niewątpliwym plusem jest również naprawdę przyjemna ścieżka dźwiękowa.

                Myślę, że film ten jest produkcją naprawdę ciekawą, zrealizowaną w porządny sposób. Dostarczy nam trochę humoru, wzruszeń i pokaże nam miłość, o jakiej marzy każda nastolatka. Zwyczajnie nie dotarł on do mojej wrażliwości, polecam go jednak wszystkim innym - z pewnością nie pożałujecie. 

12 komentarzy:

  1. Ten film bardzo mi się podobał, jednak książka wzbudziła we mnie więcej emocji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie bardzo wzruszyła ta ekranizacja - książka z resztą też. Przykro mi z powodu Twojej osobistej tragedii. Kiedy widzi się takie GNW, to chyba troszkę lepiej rozumie się ludzi, którzy naprawdę przez coś takiego przeszli :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie oglądałam ani filmu, ani nie czytałam jeszcze książki, ale wszystko w swoim czasie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykro mi, że sama musiałaś przejść przez taką tragedię w rodzinie. Ja sama zmagałam się z nowotworem, dziadek też, jednego członka rodziny z sarkomą pochowałam osobiście wraz z rodziną, a jeden zmarł na raka w przeszłości. Naprawdę rozumiem, jakie to ciężkie i uważam, że osoby, które to przeszły, powinny o tym rozmawiać z innymi.
    Sama historia z książki i filmu jest wzruszająca, ale zdecydowanie zbyt komediowa. To jednak dobra lekcja - by pozwolić rodzinie i bliskim zapamiętać nas jako pogodnych, a nie smutnych i zniszczonych przez chorobę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach, "Gwiazd naszych wina" to wspaniała książka, a ekranizacja należy do wąskiej grupy tych, które przedstawiają fabułę wiernie, wspaniale, a nawet lepiej niż można byłoby sobie to wyobrazić. :) A muszę przyznać, że moje wyobrażenie tej powieści naprawdę podnosiło poprzeczkę. :) Płakałam na filmie tak jak i przy powieści. Aktorzy spisali się na medal. Ogólnie cud, miód i maliny i życzę sobie więcej takich historii. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie czytałam JESZCZE książki ale film obejrzałam. I jestem zdumiona jak w tak wzruszającej i trudnej historii można umieścić taką ilość humoru i pozytywnej energii. Na przemian można było śmiać się i płakać. Oby więcej takich filmów! Aktor grajacy Gusa wcielił się w niego idealnie.
    Pozdrawiam!
    pokolenie-zaczytanych.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Film jest piękny i według mnie nawet trochę lepszy od książki. Wzruszający, zabawny kiedy trzeba i bardzo ciekawy. Mam nadzieję, że będą inne ekranizacje książek Greena.

    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Zdecydowanie obejrzę film, ale może najpierw książkę ? hih :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam książkę i byłą piękna i bardzo smutna. O filmie mogę powiedzieć to samo. Poza tym świetny dobór aktorów. Ansel idealnie pasował na Gusa. Poza tym ryczałam przez całą końcówkę. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przyznam, że to jedyny przypadek gdzie film podobał mi się nawet bardziej niż książka;)

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku - jeśli dotarłeś aż tutaj, będzie mi niezmiernie miło jeśli zostawisz po sobie ślad! Każdy komentarz jest dla mnie na wagę złota, dlatego też z chęcią dowiem się jakie jest Twoje zdanie ;)