wtorek, 31 marca 2015

Podsumowanie marca


              Marzec minął mi niezwykle szybko - głównie przez chorobę, która rozciągnęła się praktycznie od początku miesiąca, aż po jego ostatni tydzień. Pełen był trudnych decyzji związanych z przyszłością, zdrowiem oraz innymi równie ważnymi elementami codzienności. Czytałam dość mało, gdyż za sobą mam zaledwie dwie nowe książki, mimo wszystko jednak jestem z siebie zadowolona. Zgodnie z nową tradycją dodałam element filmowy oraz serialowy, co mam w planach robić przynajmniej raz w miesiącu.
             W nadchodzącym miesiącu planuję przede wszystkim nieco częstsze publikowanie, umieszczenie większej ilości recenzji, uzupełnienie opisu w zakładce 'o autorce' oraz dokończenie nowego nagłówka, będącego obecnie w przygotowaniu. Czy mi się uda? Tego nie wie nikt, mile widziane jest jednak trzymanie kciuków w każdej z tych intencji.
             Jeśli spojrzymy na liczby - całość nie prezentuje się wcale najgorzej. W tym miesiącu na blogu przybyło 4 obserwatorów, 2063 wyświetlenia, 5 postów oraz znacznie zwiększyła się żywotność fanpage'a bloga. Przy okazji przeprowadzki zabrałam się również za recenzje kosmetyków, które będzie można poczytać tutaj.
            Jeśli ktoś chciałby cofnąć się do tego, co już było:
Recenzje książek:
- Zniszcz ten dziennik
- Mroczna bohaterka. Jesienna róża

Serialowo:
- The 100

Filmowo:
- Pięćdziesiąt twarzy Greya 

poniedziałek, 30 marca 2015

Filmowo: Pięćdziesiąt twarzy Greya

                Nie ma na tym świecie osoby, która do tej pory nie zdążyłaby usłyszeć o filmie lub o szeroko osławionym książkowym pierwowzorze. Sama miałam odpuścić sobie oglądanie na rzecz bardziej ambitnych pozycji, jednak dziesiątki niezwykle rozbieżnych recenzji rozbudziły we mnie ciekawość ta wielką, że pewnego wieczoru razem z moim mężczyzną zasiedliśmy przed laptopem i odpaliliśmy to wątpliwe dzieło kinematografii. Pomijam fakt, że zasnęliśmy oboje po piętnastu minutach.
                Przy drugim podejściu było już nieco lepiej, bo dotrwaliśmy do końca. Jak wygląda moja opinia? W gruncie rzeczy... Wcale nie było tak źle. Ale zanim przejdę do sedna, wspomnę dwa słowa na temat fabuły.
                Współlokatorka głównej bohaterki zobowiązała się do przeprowadzenia wywiadu z młodym miliarderem Christianem Grey'em, jednak przez swoją nieoczekiwaną chorobę jest zmuszona do wysłania w zamian kogoś innego. Ana wybawia swoją przyjaciółkę i jedzie do ogromnej i pełnej przepychu siedziby naszego bogacza... A co dzieje się dalej, wiedzą wszyscy. W teorii - ,,Budzi się między nimi nietypowa więź".
                Po pierwsze, przyznać trzeba, iż całość jest dość ścisłym odwzorowaniem książki i nie pojawia się zbyt wiele momentów, w których czytelnicy mogą być zaskoczeni. Dobór postaci jest o dziwo dość trafny, gdyż wszyscy wpasowali się w moje wcześniejsze wyobrażenia. Szara myszka Ana, jej żywiołowa przyjaciółka, Grey, specyficzny Taylor. Tu naprawdę trzeba przyznać plus.
                Minusem z kolei jest fakt, że... Dość długo można mieć wrażenie, że nie dzieje się nic lub po prostu dzieje się za mało. Jeśli ktoś oczekuje dużej ilości akcji to raczej się rozczaruje, gdyż tutaj główną rolę grają raczej emocje i wcześniej wspomniana specyficzna relacja między naszymi bohaterami.
                Na plus z kolei zasługuje ścieżka dźwiękowa. Naprawdę wpasowała się w filmowy klimat i jest chyba jedną z mocniejszych stron 50 twarzy. Zdjęcia również zasługują na plus, wszystko jest miłe dla oka, wygląda naprawdę fajnie. Ale czy coś za tym idzie? Dialogi chwilami pozostawiają wiele do życzenia, również odnosiłam wrażenie, że czasami osoby nie czytające wcześniej książki będą miały problem ze zrozumieniem co i dlaczego się stało.
                Denerwowały chwilami dziwnie poucinane sceny i przejścia w nieodpowiedniej chwili, sceny seksu zaś były o wiele mniej gorące niż zapowiadano.
                Podsumowując, naprawdę nie ma tutaj wielkiego szału, acz tragedią również bym tego nie nazwała. Z pewnością spodziewałam się czegoś innego, bardziej wyrazistego, z większym pazurem i nie do końca to dostałam - dlatego też szala mojej opinii nie przechyla się w żadną stronę i zapewne póki co zawiśnie w obojętności. Ani nie polecam, ani też nie odradzam. 

czwartek, 26 marca 2015

Mroczna Bohaterka: Jesienna róża - Abigail Anne Gibbs


Tytuł: Mroczna Bohaterka: Jesienna róża 
Autor:  Abigail Anne Gibbs
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Muza

Okładka mówi: Dziedziczka tytułu książęcego władającej magią rasy Mędrców, Jesienna Róża Al-Summers, ma piętnaście lat. Mieszka w nudnej nadmorskiej mieścinie w angielskim hrabstwie Devon. Po tajemniczej śmierci swej babci, arystokratki mającej dar jasnowidzenia, która ją wychowała, dziewczyna nie miała innego wyjścia niż przenieść się do nieposiadających magicznych umiejętności rodziców. Jakby nie dość było osobistej tragedii i tego, że musiała opuścić ukochany Londyn, to jeszcze polecono jej objąć stanowisko strażniczki w prowincjonalnej ludzkiej szkole. Róża ma przez dwa lata chronić jej uczniów przed złymi mocami i czarną magią. Te jednak, na szczęście lub nie, przez dłuższy czas nie dają o sobie znać. Jako strażniczka Róża nie ma więc zajęcia, za to jej niecodzienny wygląd i nietypowe umiejętności szybko sprawiają, że staje się obiektem drwin i ostracyzmu. Zdeprymowana i osamotniona popada w coraz głębszą depresję.
Wraz z końcem lata jej senne, smutne życie nabierze jednak tempa i barw. Choć nie zawsze różowych. Najpierw atak na miasteczko przypuszczą śmiertelnie niebezpieczni Extermino, a niedługo później do grona uczniów szkoły dołączy drugi strażnik ‒ obiekt westchnień setek ludzkich nastolatek, zabójczo przystojny syn samego króla Mędrców. Początki relacji jego i Róży nie będą łatwe. Z czasem jednak niechęć granicząca z wrogością ustąpi miejsca cieplejszym uczuciom. I całe szczęście, bo Róża, książę i ich sprzymierzeńcy z królewskiego dworu Atheneów będą musieli zjednoczyć siły, by stawić czoła kolejnym atakom zabójczych Extermino. Jednocześnie w tle cały czas nabrzmiewa kryzysowa sytuacja spowodowana uprowadzeniem przez Wampiry znanej czytelnikom pierwszego tomu Violet Lee.


Moja opinia: 
                Abigail Anne Gibbs jest eteryczną blondynką, która mdleje na widok krwi. Walczy o prawa zwierząt i jest wegetarianką. Na co dzień jest zwykłą, przeciętną studentką. I nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że właśnie została milionerką i to dzięki napisaniu książki o krwiożerczych istotach. W studiu dzień Dobry TVN gościem była Abigail Gibbs. 
                Ta recenzja zaczyna się dokładnie tak samo, jak ta dotycząca części pierwszej, przeczytanej przeze mnie dobre dwa lata temu. Choć wstęp, seria oraz cały motyw przewodni tej właśnie twórczości są takie same, to jednak wiele zmieniło się w moim osobistym spojrzeniu, a przede wszystkim w wymaganiach, jakie postawiłam Mrocznej Bohaterce przed lekturą. Czy sprostała moim oczekiwaniom? Z przykrością stwierdzam, że nie. Zapraszam do dalszej lektury, by dowiedzieć się dlaczego. 
                Kiedy tylko spojrzałam na swoją ocenę Kolacji z Wampirem sprzed dwóch lat - prawie spadłam z krzesła. Sama nie wiem co sprawiło, że postanowiłam wystawić właśnie tej pozycji tak wysoką ocenę, na którą zdecydowanie nie zasłużyła. Dziś próbuję sobie tłumaczyć to faktem, że po ogromnej przerwie czytelniczej odczułam przesadną euforię po lekturze czegoś naprawdę przeciętnego. Jak z kolei wypada kontynuacja? 
                Jeśli chodzi o okładkę, do złudzenia przypomina ona swoją poprzedniczkę. Nie jest brzydka, choć ani nie zachwyca ani też nie odrzuca. Do tego dodać możemy lekkie nieścisłości jeśli chodzi o to, co przeczytać możemy na samym tyle. Kto będzie pierwszą bohaterką? - Zagadka miesiąca. I ogromna niedokładność, bo przecież już od dawna znamy odpowiedź na to pytanie. 
                Szczerze mówiąc, zwyczajnie nie lubię zabiegu zmiany głównych bohaterów w kolejnych częściach, a właśnie coś takiego dostajemy od Abigail Gibbs. Długo nie mogłam przywyknąć, jednak w końcu pogodziłam się z tym faktem. 
                Jesienna Róża w teorii jest piękna i szalenie dojrzała jak na swój wiek, co oczywiście stwierdzają praktycznie wszyscy na każdym kroku. Istotnie, gdyby nie pisano o tym tyle razy, w życiu nie wpadłabym na taki wniosek, już przez sam fakt tego jak zachowywała się przez większość czasu. Pokrzywdzona, wyalienowana w swoim środowisku, istna kłująca jesienna róża. Do tego możemy dodać wspaniałego księcia, zainteresowanego... Nie zgadniecie kim. Naszą główną bohaterką. Oczywiście żeby nie było za łatwo - odrzuca jego zaloty przez zdecydowaną większość tej historii. 
Spodziewałam się czegoś więcej, jednak cała ta historia to typowa nuda, powielanie wszechobecnych schematów, a niezwykle słaby wątek miłosny również do złudzenia przypomina ten z tomu pierwszego. 
                Autorce zdarzają się lepsze i gorsze chwile jeżeli chodzi o sam język i konstrukcję opisów. Zdarzają się naprawdę fajne i barwne, by chwilę później przejść w coś ciężkiego do przetrawienia. Dialogi również nie są mocną stroną, bynajmniej nie zachwycają choć idąc tym tropem - zawsze mogło być gorzej. 
                W tej części pojawiają się również dobrze znani nam bohaterowie - Violet i jej szalenie czuły oraz taktowny wybranek. Ich zachowanie to według mnie totalna pomyłka i coś nie do przełknięcia, Kaspar miota się na wszystkie strony niczym kurczak zamknięty w klatce, jego wybranka jest dość apatyczna i bierna choć miewa swoje momenty. 
                Wszystkie opisy książki brzmią szalenie górnolotnie, zapowiadają coś obfitującego w walkę o śmierć i życie, niesamowite opisy innych światów. Czy dostajemy coś? Szczerze mówiąc, porównanie streszczenia z tylnej okładki do tego co mamy w środku wypada trochę jak zestawienie prawdziwego tygrysa z kimś w przebraniu tygrysa. Czyli słabo. 
                Akcji na początku jest niewiele, wszystko leci dość jednostajnie, potem niby się rozkręca, choć pod tym względem Kolacja z Wampirem wypadła chyba nieco lepiej. 
                Osobiście jestem niesamowicie rozczarowana i nawet lekko zdziwiona jednocześnie. Wszystkim wymagającym czytelnikom zdecydowanie odradzam, zaś tym, którzy lubią niezobowiązujące młodzieżówki z romansem w tle, który jest gorący niczym syberia - polecam. Sama na tym kończę swoją przygodę, zarówno z serią jak i z autorką.

Ocena: 3/10

wtorek, 24 marca 2015

Serialowo - The 100


              Jeśli tylko najdzie nas ochota na obejrzenie serialu - będziemy mieli do wyboru dosłownie setki możliwości. Ostatnimi czasy dość popularna tematyką stały się najróżniejsze wizje przyszłości, a właśnie w tej kategorii walkę o utrzymanie się na stacji wygrał The 100. Przegranym zaś był recenzowany przeze mnie już dość dawno temu Star Crossed, który wtedy nieco bardziej przypadł mi do gustu. Czy teraz zmieniłam zdanie? Jak wyglądają moje wrażenia po obejrzeniu obu sezonów?
              Moje pierwsze podejście do The 100 zakończyło się po obejrzeniu pierwszego odcinka. Nie spodobała mi się fabuła, obsada również średnio mnie do siebie przekonała, tak więc postanowiłam, że nie będę oglądać pozostałych epizodów. Ponad rok później, gdy z moim mężczyzną koniecznie chcieliśmy obejrzeć jakiś nowy serial, a nie zostało nam już prawie nic do wyboru - postanowiliśmy znów spróbować od początku, wytrzymując aż do samego finału drugiego sezonu.
              Już w pierwszych minutach dowiadujemy się, że setka nastoletnich przestępców zostaje wysłana na ziemię. Ciężko stwierdzić czy jest to bardziej kara niż nagroda, gdyż w gruncie rzeczy nie wiadomo, co tam zastaną. Ziemia wiele lat wcześniej została skażona, co uniemożliwiło ludziom bezpieczne życie na tej planecie, dlatego też przez prawie sto lat ich domem była arka - zawieszona w kosmosie. Po wylądowaniu spotyka ich naprawdę wiele różnych rzeczy, przy czym większość z nich nie można określić mianem pozytywnych.
             Gra aktorska jest dosyć przeciętna, choć oczywiście żadnej tragedii nie ma. Zwyczajnie są lepsi i gorsi, a przy tym podziwiać możemy również twarze, z którymi mieliśmy styczność w innych serialach - mama Tyler'a z TVD. Obsada na początku w ogóle mnie nie przekonała, zaś doceniłam ten element dopiero z czasem. Sama nie wiem czy więcej w tym jest przyzwyczajenia, czy subiektywnej oceny, to już musicie stwierdzić sami. Pierwszy sezon na pewno jest mniej emocjonujący od drugiego, gdyż później mamy okazję obserwować coraz to wyższe ogniwa łańcucha pokarmowego wśród ludzi, którzy przeżyli wielką katastrofę. Początek drugiego sezonu jak dla mnie to prawdziwa rewelacja - mamy emocje, wszystko jest ciekawe, oryginalne, w stosunku do pierwszego to niesamowity powiew świeżości. Bardzo podoba mi się również intro, które wprowadzono właśnie od sezonu drugiego, zasługuje ono na wielką pochwałę.
             Czy zauważyłam jakieś wyraźne wady? Być może jedną. Rozczarowałam się końcowymi odcinkami jak i samym finałem. Po sporym zawyżeniu poziomu w początkach kolejnego sezonu spodziewałam się czegoś co wgniecie mnie w fotel, a dostałam raczej coś, co byłam w stanie przewidzieć. Zero zaskoczenia, zbyt mało emocji. Po tym wszystkim sama nie wiem, czy zabiorę się za sezon trzeci, gdyż znów zaczęłam obawiać się rozczarowania.
             Mimo wszystko jednak polecam.

niedziela, 1 marca 2015

Zniszcz ten dziennik - Keri Smith


Tytuł: Zniszcz ten dziennik
Autor: Keri Smith
Liczba stron: 224
Wydawnictwo: KE Liber

Okładka mówi:  
Światowy bestseller, którego nakład przekroczył już ponad 2 mln egzemplarzy! To książka inna niż wszystkie, które dotąd widzieliście. To dziennik który pozwala przekształcić destrukcję w kreację, uruchomić wyobraźnię i wyrazić swoje emocje! Wykorzystując pomysłowo, lecz osobliwie zilustrowane szablony, uznana artystka Keri Smith zachęca do dokonywania aktów destrukcji i eksperymentów w dzienniku, aby rozbudzić prawdziwy proces tworzenia. Ideą dziennika jest jego kreatywne „zniszczenie”, „pobrudzenie”, „postarzenie” poprzez dowolną, bardzo osobistą, czasem abstrakcyjną, ale zawsze twórczą interpretację zadań zaproponowanych na jego stronach. Polecenia te mogą wydawać się niekonwencjonalne: dziurawienie stron, malowanie dłońmi, zalewanie kawą, zgniatanie kartek czy zabranie dziennika pod prysznic - nie należy jednak rozumieć ich zbyt dosłownie ale jedynie jako podpowiedzi mające na celu wykorzystanie własnej wyobraźni do różnych form artystycznego wyżycia się i utrwalenia swoich stanów ducha, wrażeń i obserwacji z otaczającego świata. Każdy dziennik jest niepowtarzalnym dziełem jego twórcy oddając jego osobowość i postrzeganie rzeczywistości.

Moja opinia:                  Keri  Smith jest dosyć popularną ostatnio autorką pozycji zwanych bestsellerami, wydawanych w postaci książek zapełnionych zadaniami dla czytelnika. Teoretycznie mają one pobudzać kreatywność, teoretycznie przekazuje ona wolność słowa, radość, łamanie zasad. To tyle, jeśli chodzi o teorię dotyczącą jej twórczości.
                Zniszcz ten dziennik jest wydany w dość estetyczny sposób, z zewnątrz wygląda całkiem przyjaźnie, jakby nawoływał do dokonania w nim tytułowych zniszczeń. Po przeczytaniu pierwszego wytyczonego nam zadania byłam dość zdziwiona, zaś po przejrzeniu wszystkich kolejnych nie mogłam pohamować  ogromnego zdziwienia. Jeśli mam być szczera - poczułam wielką antypatię do tej właśnie pozycji, z wielu powodów. Przede wszystkim - jestem wielką przeciwniczką niszczenia książek w jakiejkolwiek postaci, dlatego też zwyczajnie nie przemawia do mnie ta idea.
                Osobiście wychodzę z założenia, że kreatywność to coś co trzeba już mieć w sobie by móc tworzyć i przyklejanie much, darcie kartek oraz wylewanie kawy na strony nijak nie pomoże nam w jej rozwinięciu, a nawet w jakimkolwiek jej rozbudzeniu. Nie wiem sama co jest takiego w tym wszystkim, że przyciąga do siebie naprawdę dzikie tłumy zachwycone tego typu zadaniami. Według mnie naprawdę można wydać trzydzieści złotych na sto innych sposób i każdy z nich bez wątpienia będzie lepszy od inwestowania w coś, co równie dobrze możemy wykonać sami w jakimkolwiek zeszycie.
                Tu właśnie trzeba przesłać wielkie ukłony tym, którzy zajmują się tutaj marketingiem, gdyż ów dziennik przeznaczony do zniszczenia jest tak naprawdę niczym, a sprzedaje się go za nie najmniejszą kwotę. Cóż, najwidoczniej z pomocą dobrej reklamy - wszystko się sprzeda.

                Nie wiem co jeszcze mogłabym powiedzieć, gdyż czasem nawet największemu miłośnikowi książek zaczyna brakować słów. Osobiście jestem zdania, że jest na tym świecie mnóstwo sposobów rozwinięcia kreatywności, które o wiele bardziej zasługują na uwagę i przy tym uważam, że Dziennik ten jest czymś co powstało dla zysków, nie z pasji - dlatego nigdy więcej nie chciałabym mieć go w swoich rękach. 

Ocena: 1/10