wtorek, 24 stycznia 2017

Moje ulubione seriale minionego roku 2016



Jeśli jesteście stałymi czytelnikami mojego bloga to z pewnością zauważyliście, że seriale są moją wielką miłością. Dziś skupię się na przeglądzie moich zeszłorocznych hitów, lista ta będzie oczywiście w pełni subiektywna.


1. Miejsce pierwsze - Stranger Things sezon pierwszy (2016)


Czy jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał o tym serialu? Sama zabrałam się za niego od razu po premierze, jeszcze przed wielką falą popularności i muszę przyznać, że pochłonęłam go w dwa dni. Historia niesamowicie oddaje klimat lat osiemdziesiątych, młodzi aktorzy radzą sobie naprawdę świetne, a wyjątkowy podkład muzyczny świetnie uzupełnia całość. Szerzej wypowiem się w pełnej recenzji, która niedługo pewnie pojawi się na blogu. Jeśli jeszcze nie widzieliście Stranger Things - polecam!


2. Miejsce drugie - 22.11.63 (2016)


Kolejny wyjątkowo udany miniserial stworzony na podstawie książki autorstwa Stephena Kinga. Jeśli lubicie seriale, które świetnie potrafią oddać minione dziesięciolecia to ten z pewnością będzie dobrym wyborem. Pojawiają się pewne różnice w stosunku do książki, mimo to seans był dla mnie ogromną przyjemnością, a wartka akcja nie pozwalała na odejście od telewizora. Przy okazji zapraszam do pełnej recenzji tego serialu (wystarczy kliknąć w tytuł) oraz książki [KLIK].

3. Miejsce trzecie - Black Mirror sezon trzeci (2016)


Black Mirror to serial stosunkowo krótki, choć jednocześnie bardzo mocny i treściwy w swoim przekazie. Pierwsze dwa sezony liczyły w sumie zaledwie sześć odcinków, trzeci z kolei był swego rodzaju rewolucją. Tym razem widzowie dostali sześć odcinków o nieco zwiększonej długości, a serial przeszedł w ręce amerykańskiego giganta. Czy te zmiany wpływają na jakość odcinków? Osobiście uważam, że nie. Całość nadal trzyma poziom i w ciekawy sposób pokazuje zagrożenia wynikające z dynamicznego rozwoju technologii, a ciekawym urozmaiceniem jest odcinek po części osadzony w latach osiemdziesiątych. Więcej szczegółów zdradzać nie będę, jeśli szukacie czegoś wyjątkowego i mocnego to BM jest świetnym wyborem.

4. Miejsce czwarte - The OA sezon pierwszy (2016)


The OA to serial, który jeszcze nie zdążył zyskać popularności. Ukazał się pod koniec minionego roku i mimo mojej początkowej niechęci - ostatecznie wkradł się w moje łaski. Cała historia zaczyna się w momencie, gdy zaginiona przed siedmioma laty dziewczyna powraca w tajemniczych okolicznościach. W czasie nieobecności zyskała tajemnicze moce oraz stracony w dzieciństwie wzrok. Co tak naprawdę się wydarzyło? I do czego to wszystko zaprowadzi?
The OA świetnie balansuje na granicy realizmu i przez cały sezon widz nie dostaje odpowiedzi na pytanie, czy wszystko co widzi jest prawdą, czy fikcją i efektem wybujałej wyobraźni. Początkowo nie byłam tym zachwycona, ostatecznie jednak ta niepewność jest ogromnym plusem. Niewątpliwie pochwalić trzeba stronę wizualną, moim ulubionym ujęciem było kiedy dziewczynka wypływa z zatopionego w rzece samochodu - magia! Zdecydowanie warto przetrwać średnio ciekawy pierwszy odcinek, ponieważ dopiero w jego końcówce zaczyna się właściwa akcja.

***

Rok 2016 niewątpliwie był rokiem udanym dla serialowych produkcji, a wymienione przeze mnie z pewnością nie są jedynymi zasługującymi na pochwałę. Sama oglądałam również wiele innych, na przykład polecany przez wszystkich Westworld, który mimo unikalnego klimatu nie zajął specjalnego miejsca w moim sercu. Ciekawą produkcją Sci-fi jest niewymieniony w rankingu Colony (2016) opowiadający o sytuacji ludzi po lądowaniu kosmitów. Naprawdę warto. Świetne wrażenie zrobiła na mnie muzyka z Luke'a Cage.
Pojawiło się też sporo przyjemnych średniaków, które niestety zabija schemat każdego odcinka - Timeless, Legends Of Tomorrow, Lucyfer. Prawie w pełni udany powrót po latach zaliczyło również Archiwum X.

A wy co ciekawego oglądaliście? Może chcecie mi polecić jakiś inny serial o którym nie wspomniałam? Właśnie szukam czegoś nowego i jestem otwarta na propozycje.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Harry Potter i Przeklęte Dziecko - J.K. Rowling, Jack Thorn, John Tiffany



Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
Autor: J.K. Rowling, Jack Thorn, John Tiffany
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Media Rodzina

Okładka:
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.

Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.


Moja opinia:
Kontynuacja Harrego Pottera z pewnością była wielkim marzeniem wszystkich fanów tej niesamowitej i jakże magicznej serii. Sama po przeczytaniu ostatnich zdań siódmej części czułam wielką pustkę oraz smutek, nie mogąc uwierzyć że ta przygoda dobiegła już końca. Dostaliśmy co prawda dodatki do całej serii takie jak Baśnie Barda Beedle'a czy Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, nie były one jednak pełnoprawnymi kontynuacjami. Czy Harry Potter i przeklęte dziecko nią jest?


Ci, których kochamy, nigdy tak naprawdę nas nie puszczają, Harry. Pewnych spraw śmierć nie dotyka. Farby... wspomnienia... i miłości.

Jeśli miałabym odpowiedzieć na to dość trudne pytanie wedle własnych subiektywnych odczuć po lekturze, powiedziałabym że tak i nie. Przede wszystkim muszę rozczarować wszystkich, którzy zachęceni wszechobecnymi reklamami są przygotowani na książkę podobną do poprzednich. Niestety, tym razem jest to scenariusz sztuki, który powstał przy połączeniu sił trzech osób - J.K. Rowling, Johna Tiffany'ego oraz Jacka Thorne'a. Całość podzielona jest na akty, sceny i dwie większe części, a wszystko oprócz dialogów jest zapisane w sposób, jaki zapewne większość z nas kojarzy chociażby z kółek teatralnych, czy innych przedstawień organizowanych w szkole podstawowej. 


Harry, w tym pogmatwanym, pełnym emocji świecie nie ma idealnych odpowiedzi. Doskonałość jest poza zasięgiem ludzkości, poza zasięgiem magii. W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci. Bądź szczery wobec tych, których kochasz. Pokaż swój ból. Cierpienie jest rzeczą równie ludzką oddychanie.

Pierwsza scena przywołuje wspomnienia z siódmego tomu serii o Harrym, gdyż jest pożegnaniem jego synów na peronie. Wszystko zaczyna się w momencie, w którym zakończyło się ostatnio i pędzi prężnie do przodu, przeskakując co jakiś czas o kilka lat. W Przeklętym Dziecku nie zabraknie naszego ukochanego tria, Draco czy profesor McGonagall, jednak to najmłodsze pokolenie czarodziejów odgrywa tu główną rolę. Muszę powiedzieć, że wciągnęłam się w wir akcji praktycznie od pierwszej sceny. To pewnie sprawka tego, że przez minione lata byłam bardzo spragniona powrotu do ulubionej serii z mojego dzieciństwa. Cała lektura była dla mnie bardzo ekscytująca i w gruncie rzeczy satysfakcjonująca, jednocześnie jednak przywołała ogromną tęsknotę i niedosyt. Brakowało mi tu przede wszystkim niektórych postaci, chwilami czułam jakby niektóre sceny nie pasowały mi do tej historii, pojawiło się jednak kilka ciekawych wypowiedzi idealnie oddających klimat historii o naszym ukochanym czarodzieju, przeplatały się one jednak z mniej udanymi fragmentami, gdy czytelnik nabierał wrażenia że jego ulubione postacie po prostu nie są sobą. 

Plusem niewątpliwie jest piękne wydanie połączone z możliwością powrotu do świata czarodziejów. Sama bardzo długo nie wiedziałam co mam o tej pozycji myśleć i czuję się bardzo rozdarta. Z pewnością jest to ciekawy dodatek dla osób stęsknionych za Hogwartem, odradzam ją jednak osobom oczekującym pełnoprawnej kontynuacji. Przeklęte dziecko jest tylko małą namiastką tego co dobrze znaliśmy, mimo wszystko jednak cieszę się, że ją przeczytałam.

niedziela, 15 stycznia 2017

Podsumowanie roku 2016 i plany



Witam serdecznie po raz pierwszy w nowym roku, mam nadzieję, że wszyscy spędziliście cudowne i rodzinne święta! Ostatnio blog świecił pustkami dlatego chcę oficjalnie potwierdzić, że nie mam zamiaru go zostawiać. Miałam pewien okres przestoju jeśli chodzi o wenę twórczą, do tego doszła ogromna ilość nauki i przedłużająca się choroba. Obecnie jestem na etapie tworzenia nowych postów, które planowałam publikować regularnie od 1.02.2017 - jest jednak duże prawdopodobieństwo, że wrócę tu szybciej.


Teraz możemy przejść do małego podsumowania w liczbach:


  • W minionym roku pojawiły się 63 posty, co jest praktycznie podwojeniem wyników z poprzednich lat i jednocześnie moim osobistym rekordem.
  • Zorganizowałam pierwsze 3 konkursy.
  • Założyłam książkowego instagrama, na którego serdecznie zapraszam.
  • Przeczytałam dokładnie 53 książki co sprawia, że pierwszy raz od 4 lat udało mi się zrealizować wyzwanie 52 książek.
  • Liczba obserwatorów wzrosła ponad moją wymarzoną liczbę 300
  • Dopracowałam wizualną stronę bloga.
  • Zaczęłam publikować więcej postów okołoksiążkowych, które cieszyły się dużą popularnością i prowokowały do ciekawych dyskusji w komentarzach.

Przy okazji serdecznie zapraszam do zapoznania się z poniższymi postami jeśli jeszcze nie mieliście okazji:

piątek, 21 października 2016

Never never - Colleen Hoover, Tarryn Fischer



Tytuł: Never never 
Autor: Coolleen Hoover, Tarryn Fischer
Liczba stron:
Wydawnictwo: Moondrive/Otwarte

Okładka:
Nie kocham cię.
Nic a nic.
I nie pokocham.
Nigdy, przenigdy.
Czasem wspomnienia mogą być gorsze niż zapomnienie. Charlie i Silas są jak czyste karty. Nie wiedzą, kim są, co do siebie czują, skąd pochodzą ani co wydarzyło się wcześniej w ich życiu. Nie znają swojej przeszłości. Pomięte kartki, tajemnicze notatki i fotografie z nieznanych miejsc muszą im pomóc w odkryciu własnej tożsamości.
Ale czy można odbudować uczucia? Czy można chcieć przypomnieć sobie… że ma się krew na rękach? A jeśli prawda jest tak szokująca, że tylko zapomnienie chroni przed szaleństwem? Umysły Silasa i Charlie pełne są mrocznych tajemnic.
On zrobi wszystko, by wskrzesić wspomnienia.
Ona za wszelką cenę chce je pogrzebać.
Nigdy nie zapominaj, że to ja jako pierwszy cię pocałowałem.
Nigdy nie zapominaj, że będziesz ostatnią, którą pocałuję.
I nigdy nie przestawaj mnie kochać.
Nigdy…


Moja opinia:
Never never to tytuł, o którym jeszcze kilka miesięcy temu było dość głośno. Spora część się nią zachwycała, zdecydowana większość polecała a moje zainteresowanie stopniowo wzrastało. Colleen Hoover to autorka doskonale znana większości czytelniczek, nazwisko drugiej autorki było dla mnie z kolei wielką niewiadomą.

Powiedziałam, że trzeba zaufać instynktowi. Nie sercu, bo bywa, że oszukuje, i nie głowie, bo za bardzo opiera się na logice.

Książka ta jest przede wszystkim o miłości - trudnej, nierzadko problematycznej i przy tym wybaczającej. Po drodze dostajemy sporo życiowych przemyśleń, a fabuła jest mocno związana z przeznaczeniem oraz docenianiem wszystkie co daje nam los, o czym oczywiście często zapominamy. Nie mogę powiedzieć bym była rozczarowana tą powieścią, choć podświadomie chyba nastawiłam się na coś kompletnie innego.

Silas i Charlie to dwie dość młode osoby, które do tej pory tworzyły pozornie dobry związek. Wszystko mocno komplikuje się w momencie, gdy oboje w magiczny sposób tracą pamięć i nie pamiętają niczego, nawet samych siebie. Stopniowo razem próbują odkryć zagadkę amnezji i odkrywają coraz więcej szokujących faktów nie tylko o swojej miłości, wybrykach, ale również o własnej rodzinie.

Przeznaczenie to pole magnetyczne przyciągające nasze dusze do pasujących do nas ludzi, miejsc i rzeczy.

Początek całej akcji przywitałam z ogromnym entuzjazmem, jednak im więcej stron miałam za sobą tym bardziej rosło moje rozczarowanie. Całość jest podzielona na trzy części i niestety muszę powiedzieć, że nie wszystkie trzymają równy poziom. Ostatnia była swego rodzaju drwiną z czytelnika. Finałowa scena wywołała wielki uśmiech na mojej twarzy, nie zmieniło to jednak mojego ogólnego rozczarowania w żadną pozytywną emocję.

-Jaki jest sens życia?-zapytałam.{...}
-To zależy od tego, jakie życie masz na myśli.

Bohaterowie są najzwyczajniej w świecie mało ciekawi i oryginalny, a wszystko wydaje się być płaskie i jednowymiarowe. Czuć było w tej historii potencjał, nie został on jednak wykorzystany nawet w małym stopniu. Warto podkreślić, że nie jestem wielką fanką Colleen Hoover (do drugiej autorki nie będę się odnosić, gdyż nie znam jej pozostałej twórczości) jednak mimo to uważam, że jest to jeden ze słabszych tworów podpisanych jej nazwiskiem. Są tu pewne elementy dostrzegalne również w Ugly Love czy Maybe Someday, jednak na ich tle Never Never wypada blado.

Wiem, że to dziwaczne, ale przecież właśnie za to mnie kochasz. Kochasz mnie za to, jak bardzo kocham Ciebie. Bo taka jest prawda. Kocham Cię aż za bardzo. Bardziej niż powinno się kochać.


W tej książce oprócz pięknej okładki dostajemy również historię miłą, przyjemną, relaksującą ale mimo wszystko przeciętną i niedopracowaną. Brak tu wielowymiarowości, większej dbałości o szczegóły i jakiegoś urozmaicenia fabularnego, niestety wszystko tu jest jednotorowe. Polecam wszystkim osobom lubiącym niezobowiązującą rozrywkę, pozostali niestety mogą być nieusatysfakcjonowani lekturą Never never. 

***

Wszystkich ciekawych moich recenzji innych powieści Colleen Hoover zapraszam do kliknięcia w podlinkowane tytuły w przedostatnim akapicie. Dodatkowo po zastanowieniu Never never przypomina mi trochę Zapomniane, zapraszam więc do zapoznania się z moim zdaniem na jej temat. 

środa, 12 października 2016

Manwhore - Katy Evans


Tytuł: Manwhore
Autor: Katy Evans
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Kobiece
Tom: #1

Okładka:
Malcolm Kyle Preston Logan Saint to bogaty, bardzo wpływowy i obłędnie przystojny biznesmen z Chicago. Wokół jego osoby krąży mnóstwo legend, sam Malcom zaś owiany jest nimbem tajemniczości.
Mężczyźnie wydaje się, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć. W jego życiu sporo jednak namiesza nagłe pojawienie się Rachel Livingston – młodej, utalentowanej i pięknej dziennikarki. Rachel otrzyma zlecenie przeprowadzenia wywiadu ze słynnym Malcomem Saintem i odkrycia tego, kim naprawdę jest mężczyzna będący na językach wszystkich mieszkańców Chicago.
Czy Rachel uda się odkryć prawdziwe oblicze Malcolma? A może to Malcolm odkryje prawdziwą Rachel?


Moja opinia:
Wszyscy stali czytelnicy mojego bloga z pewnością zauważyli, że z wielką namiętnością czytuję wszystkie książki łączące w sobie romans i erotyzm, porównując do siebie coraz to kolejne historie powstałe na tym samym szkielecie. Tym razem zamiast obietnic o historii równie porywającej co Grey dostajemy jakże obiecującą rekomendację autorki Dotyku Crossa. Czy ta książka zasługuje na jakąkolwiek czytelniczą uwagę?

Nigdy nie ma dobrej pory na to, aby się zakochać. To jest jak upadek. Wystarczy jedna sekunda.
I tylko trzeba się modlić, aby bez względu na to, gdzie upadniesz, nie być tam samą.

Manwhore to całkiem przyjemna historia o równie wdzięcznym tytule, który swoją drogą mógłby brzmieć o wiele ciekawiej w tłumaczeniu na nasz rodzimy język. Szczerze żałuję, że nikt się tym nie zajął. Naszym nowym bogiem seksu zostaje zielonooki Malcom, bardzo wpływowy i obłędnie przystojny biznesmen uwielbiający kobiety. I liczbę cztery.  Jego muzą zostaje Rachel, utalentowana i piękna dziennikarka, którą poznaje przy okazji przeprowadzanego wywiadu. Wycofana acz urodziwa dziewczyna, przystojny biznesmen z trudnymi przeżyciami i wywiad, czy aby tego już gdzieś nie było? Pomińmy to, przejdźmy dalej.

Podobno kiedy się czegoś pragnie, powinno się to .sobie wyobrazić, a wtedy to się zmaterializuje. cóż, po raz pierwszy w życiu pragnę czegoś tak bardzo, że w końcu zaczyna nabierać kształtów.

Brakowało mi tu przede wszystkim charakternych postaci o wyrazistych cechach i o ile możemy przeżyć tych pierwszoplanowych, tak drugi plan pod tym względem kuleje. Osoby z otoczenia Malcolma i Rachel są do siebie niesamowicie podobne i niezapadające w pamięć, a gdyby wszystkie ich wypowiedzi oznaczyć jednym imieniem to prawdopodobnie czytelnik nie odczułby większej różnicy. Historia opiera się głównie na rodzącym się uczuciu, a co jakiś czas przeplatają się z nią pomniejsze wątki, które niestety nie odgrywają większej roli jeśli chodzi o całość.

Wyzwaniem jest coś, czego przestajesz pragnąć, kiedy już to zdobędziesz. Dopóki nie uczynię cię moją, nie będę wiedział, czy jesteś wyzwaniem.

Po lekturze poczułam ogromny niedosyt emocji, brakowało mi zwrotów akcji, jakiejś niepewności i zawirowań, które zabarwiłyby tę powieść. Jeśli ktokolwiek liczy na to, że Malcom będzie zachowywał się jak prawdziwy manwhore, niestety rozczaruje się. Oczywiście nie mam zamiaru zdradzać fabuły, mogę jednak powiedzieć, że nie ma on z tym słowem nic wspólnego.

Mówiono o mnie, że jestem lekkomyślny, że nie można na mnie polegać, że nie zrobiłbym niczego dla innych. Ojciec patrzył na mnie tak, jakbym to ja był wszystkiemu winien, a matka tak, jakbym był na najlepszej drodze do autodestrukcji. Ludzie widzą we mnie osobę, która może dać im gwiazdkę z nieba, ale ty patrzysz na mnie tak, jakbym już to zrobił.
Jakby do szczęścia wystarczał ci sam fakt, że istnieję.


Sama nie byłam wielką fanką wcześniejszej serii Katy Evans i narzekałam w szczególności na to, jak w kolejnej części poprowadziła ona historię. Jak na razie ta pozycja w mojej ocenie wypada trochę lepiej, choć oczywiście w kolejnych zapowiedzianych dwóch tomach jeszcze wiele może się zmienić. Mimo wszystko spędziłam z tą książką kilka miłych godzin i przyniosła mi ona ulgę w stresie spowodowanym powrotem na uczelnię. Język nie należy do najgorszych, a styl określiłabym jako przystępny i niezobowiązujący. W ostatecznym rozrachunku muszę przyznać, że w Manwhore mamy więcej podobieństw do znanych nam historii niż jakichś nowych, innowacyjnych elementów. Nie jest to bynajmniej najgorszy romans erotyczny ze wszystkich przeze mnie czytanych, powiedziałabym wręcz że plasuje się gdzieś w środku rankingu. Polecam ją wszystkim fankom kobiecej literatury oraz podobnych historii, z pewnością nie będziecie rozczarowane. Wszystkich wymagających i szukających czegoś nowego serdecznie zachęcam do poszukania czegoś innego. Jest duża szansa na to, że możecie się zawieść. 

wtorek, 11 października 2016

Onyks - Jennifer L. Armentrout (bez spojlerów)


Tytuł: Onyks
Autor: Jennifer L. Armentrout
Liczba stron: 522
Wydawnictwo: Filia
Tom: #2

Okładka:
Departament Obrony przysłał swoich ludzi. Jeśli tylko dowiedzą się co potrafi Daemon i że jesteśmy połączeni, już jest po mnie. Podobnie jak i po nim. I jeszcze jest ten nowy chłopak w szkole, który ma własną tajemnicę. Wie co mi się przydarzyło i może pomóc, ale żeby to zrobić muszę okłamać Daemona i trzymać się od niego z daleka. Tak jakby to było w ogóle możliwe.
Nikt nie jest tym na kogo wygląda. I nie każdy wyjdzie żywy z pajęczyny kłamstw...


Moja opinia:

Seria Lux w ostatnim czasie niewątpliwie podbiła serca czytelników na całym świecie, a pozytywne opinie stopniowo zapełniały blogsferę. Sama przeczytałam pierwszy tom z którego byłam dość zadowolona, później kilkukrotnie zaczynałam Onyks, dopiero niedawno udało mi się jednak dobrnąć do końca. Czy jestem zadowolona z lektury? Czy utrzymano poziom pierwszego tomu? Co myślę o twórczości Jennifer L. Armentrout? O tym już za chwilę.

Słowa to najpotężniejsze narzędzie. Proste i zazwyczaj niedoceniane. Potrafią leczyć. Potrafią niszczyć.

Jeszcze do żadnej książki w swojej czytelniczej karierze nie przymierzałam się tak długo, jak miało to miejsce w przypadku Onyksu. Dostawałam blokady po przeczytaniu kilku mniej lub bardziej sensownych wypowiedzi, szczęśliwie jednak im dalej brniemy tym jest lepiej. Styl autorki jest niezwykle przyjemny i dość wciągający, pozwala czytelnikowi na rozluźnienie się i zapomnienie o problemach dnia codziennego. Jeśli chodzi o fabułę to niestety w moich oczach było odrobinę słabiej niż w jedynce, przez co chwilami nachodziło mnie rozczarowanie.

- Biegłaś sprintem przez las w egipskich ciemnościach. Nawet ja...-Zawahał się.-Dobra, nie ja, ale normalni ludzie by się wtedy przewrócili. Ja jestem na to zbyt zajebisty.

Motywem kluczem jest tu miłość, uczucie które może rozwinąć się mimo tylu wielkich przeszkód. Z drugiej strony czy nie jest to jeden z bardziej oklepanych literackich motywów? Muszę przyznać, że zabrakło mi tu konkretnego pazura, prawdziwej akcji i nieco ciekawszej kreacji bohaterów. To nie tak, że byli do reszty odrealnieni. Po prostu zabrakło tu tego czegoś.

Szybko przebrałam się w spodenki do spania i gładką, różową koszulkę. Niezbyt seksowna bielizna, ale podczas mycia twarzy i zębów stwierdziłam, że to najlepszy wybór. Wszystko inne przysporzyłoby Daemonowi pomysłów. Do diabła, jego zachęciłaby papierowa torba.

Mimo tych drobnych niedociągnięć polubiłam główną parę bohaterów i muszę przyznać, że cały czas im kibicowałam. Lektura Onyksu uświetniła jakże trudne dla mnie dni i pozwoliła mi się oderwać od problemów, jednocześnie zachęcając mnie do sięgnięcia po kontynuację. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to zwyczajnie dobra powieść młodzieżowa z dodatkiem romansu i odrobiny akcji, mimo wszystko oceniam ją pozytywnie, polecając jednocześnie wszystkim lubiącym podobne klimaty.

sobota, 1 października 2016

W cieniu - Diane Chamberlain



Tytuł: W cieniu
Autor: Diane Chamberlain
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Okładka:
Mara, przyjaciółka Joelle D’Angelo, podczas narodzin pierwszego dziecka dostaje wylewu, który powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu. Zrozpaczona Joelle zwraca się o wsparcie do jedynego człowieka, który rozumie jej ból, Liama, kolegi z pracy i męża Mary. Ich przyjaźń stopniowo przeradza się w coś więcej – coś, przed czym nie sposób uciec. Rozdarta poczuciem winy, Joelle postanawia pomóc Marze za wszelką cenę. Poszukiwania prowadzą ją do zagadkowej uzdrowicielki, która przed laty rzekomo uratowała jej życie. Kobieta również skrywa bolesną tajemnicę i uświadamia Joelle, że bywają uczucia skazane na zgubę oraz takie, które przetrwają wbrew wszelkim przeciwnościom losu.

Moja opinia:
O twórczości Diane Chamberlain słyszałam bardzo wiele, mogłabym powiedzieć nawet że napotykałam ją na prawie każdym kroku. Wcześniej nie miałam większej okazji by zapoznać się z jej twórczością, jednak kilka dni temu ten stan w końcu uległ zmianie. Dzięki wygranej w konkursie mojego mężczyzny dostałam w swoje ręce W cieniu i od razu zabrałam się do lektury. Czy było warto? Zdecydowanie tak.

Diane Chamberlain jest wielokrotnie nagradzaną autorką dość popularnych powieści obyczajowych. Dotychczas w Polsce ukazało się około kilkunastu powieści jej autorstwa i tu mogę dodać od siebie, że wszystkie zostały wydane bardzo estetycznie, ciesząc swoimi okładkami moje czytelnicze oko.
W cieniu jest powieścią o wyjątkowo optymalnej objętości, nie jest zbyt długa by nas znudzić, a jednocześnie wszystkie wątki miały szansę być odpowiednio rozbudowane i wszystko zostało bardzo ciekawie rozpisane. Muszę przyznać, że połknęłam ją w dosłownie kilka godzin, a czas ten minął mi bardzo szybko. Poszukiwałam przyjemnego książkowego umilacza czasu i ta pozycja była świetnym wyborem. Dzięki niej praktycznie zapomniałam o dokuczającej mi od pewnego czasu grypie.

Fabuła skupia się tutaj przede wszystkim wokół rozterek natury miłosnej i nie tylko, niezwykle rozbudowany jest również wątek uzdrawiania. Teraźniejszość przeplatana jest z przeszłością, wszystko jednak idealnie się zazębia i tworzy niezwykle interesującą, spójną całość. Niezwykle ciekawym elementem był dla mnie wątek rasizmu w połowie ubiegłego wieku, nie brak tu również innych rozterek natury moralnej, ukazano również funkcjonowanie ludzi w tak zwanych komunach.


Książka ta jest niezwykle ciekawą i przyjemną lekturą, posiada jednak w sobie pewne elementy, z którymi z pewnością się już spotkaliśmy. Nie jest to arcydzieło literatury światowej, dodatkowo bez większego problemu możemy przewidzieć zakończenie, myślę jednak że jest to naprawdę godna uwagi pozycja z gatunku literatury kobiecej. Dzięki niej z wielką chęcią zapoznam się nieco szerzej z jakże bogatą twórczością Diane Chamberlain. 

***
W tym miesiącu nie będę publikować podsumowania, gdyż moja aktywność we wrześniu była znikoma. Niestety w tym czasie musiałam zająć się ważnymi sprawami osobistymi, na koniec zaś czekał mnie powrót do miasta w którym studiuję. W każdym razie mogę uspokoić - nie zamierzam porzucać bloga ; ) Wszystkie wrześniowe posty już niedługo zostaną opublikowane, dlatego też zapowiada się wyjątkowo bogaty miesiąc. Tymczasem pędzę nadrabiać zaległości na Waszych blogach.