poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Demony. Grzech pierworodny - Lisa Desrochers


Tytuł: Demony. Grzech pierworodny
Autor: Lisa Desrochers
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Dolnośląskie

Okładka mówi:
Luc Cain, niedawny wysłannik Lucyfera, wybrał miłość. Ale demony postanawiają się o niego upomnieć. Luc, a wraz z nim i Frannie, muszą się oddać pod opiekę aniołów, w tym konkurenta Luca, Gabe'a.

Moja opinia:


Lisa Desrochers mieszka w Kalifornii z mężem i córkami, z których starsza zainspirowała ją do napisania książek dla młodzieży. Autorka uwielbia niesamowite opowieści i częste podróże. Z wykształcenia jest doktorem fizykoterapii, toteż często wygłasza wykłady na temat ochrony zdrowia. Cykl książek pt. „Demony” to jej literacki debiut.
Po pierwszą część sagi Demony sięgnęłam dokładnie rok temu, w pewien dość smutny, wakacyjny wieczór. I nie powiem – spędziłam przy niej kilka miłych chwil i mimo, że nie zostałam powalona na kolana, uznałam iż po kolejną część również sięgnę. Jej pora przyszła dużo później, bo prawie rok. I był to raczej przypadek, gdyż przypomniałam sobie o niej dzięki recenzjom na blogach.
„Wyleczenie złamanego serca zajmuje trochę czasu, ale kiedyś się udaje.”
Cała historia rozpoczyna się w momencie, gdy Luc Cain wiedzie u boku Frannie szczęśliwe życie jako człowiek, już nie jako demon. Swą ludzką postać zawdzięcza ukochanej, gdyż to właśnie jej miłość posiada tajemniczą moc zmieniania ciała. Ta dwójka żyje w harmonii dość spokojnie mniej więcej do momentu, w którym aniołem stróżem zostaje brat Frannie – Matt. Oprócz tego w mieście pojawia się tajemnicza dziewczyna, a Gabe wciąż żywi głębsze uczucia do głównej bohaterki. Jak potoczą się ich losy? Tego możecie dowiedzieć się jedynie po lekturze Demonów.
Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam prawie natychmiast był fakt, że mój niegdyś ulubiony bohater Luc  został typowym pantoflarzem. Naprawdę nie wiem co stało się z tym dość zabawnym, nieco mrocznym facetem, którym był w tomie pierwszym – w Grzechu Pierworodnym wszystko to poszło w zapomnienie, a były demon jest na każde skinienie naszej Frannie.
Jeśli zaś o główną bohaterkę chodzi – ona z kolei wcale się nie zmieniła. I nie jest to raczej zaletą, gdyś wciąż pozostała dla mnie postacią nieco bezbarwną, nudną i odrobinę irytującą.
Wielkie nadzieje z kolei ulokowałam w postaci Matt’a, który został aniołem stróżem swojej siostry. Nie wiedzieć czemu podświadomie zrodziła się we mnie nadzieja, że ta postać swą anielską dojrzałością i za razem chęcią nadrobienia straconych lat z siostrą urozmaici w jakiś sposób powieść. I chyba nawet nie domyślacie się tego, jak wielce byłam rozczarowana. Bo w końcu dziwnie czyta się o aniele stróżu, który bardzo ingeruje w życie podopiecznej, kryje w sobie tyle negatywnych uczuć a do tego zachowuje się jak na typowego dwunastolatka przystało.
„- Możesz zabrać diabła z Piekła, ale Piekła z diabła nie wytrzebisz.”
Mogę zrozumieć fakt, że autorka chciała sprawić, by powieść była jak najbardziej przystępna dla młodzieży. No ale żeby w tym celu trzy czwarte postaci obdarzać zachowaniem dzieci wkraczających w burzliwy wiek dojrzewania? Nie sądzę, by był to zabieg korzystny. Powieść traci przez to naprawdę wiele, zwłaszcza kiedy ktoś nie ma cierpliwości do czytania o zachowaniach nader dziecinnych.
Jednym z tych niewielu plusów bez wątpienia jest to, że ta część z serii jest znacznie bardziej obfita w akcję i przeróżne wydarzenia od swojej poprzedniczki. Dzieje się naprawdę dużo, nie mamy więc dzięki temu zbyt wiele czasu na nudę (tak, zostaje go więcej na irytację).
Lisa Desrochers nie rozczarowała nas również w kwestii schematów – tak, te również mamy. Szkoda tylko, że trójkąt miłosny (o ile można to w ogóle określić takim mianem) był tak bardzo pozbawiony emocji, dynamiki.
Nie jestem pewna czy powinnam polecać wam tę książkę, czy raczej ją odradzać, myślę jednak że najlepiej sprawdzi się ona u młodszych czytelników wymagających od powieści czegoś więcej niż możemy znaleźć właśnie tutaj. A wszystkich innych przestrzegam i zachęcam do sięgnięcia po coś innego.


Ocena: 4/10

niedziela, 11 sierpnia 2013

Niepokój - Maggie Stiefvater



Tytuł: Niepokój
Autor: Maggie Stiefvater
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Wilga

Okładka mówi:
Nadchodzi wiosna. Sam jest człowiekiem, ale tym razem to z Grace zaczyna się dziać coś dziwnego. W dodatku rodzice próbują ją rozdzielić z Samem – skupieni jak zwykle tylko na sobie, nie zwracają uwagi na to, jak bardzo ranią córkę. Isabel po śmierci brata zaprzyjaźnia się z Grace. Po długiej zimie w domu Sama pojawia się nowy wilk, Cole – niepokojący gość, który odmienia życie każdego z nich.

Moja opinia:


Po przeczytaniu Drżenia, czyli pierwszej części całej trylogii – byłam pod dość sporym wrażeniem. Cała ta historia, mimo iż miała w sobie nieco przewidywalności, urzekła mnie wręcz od pierwszych stron.  Po Niepokój sięgnęłam kilka dni temu, w odstępie dwóch lat od tomu pierwszego i muszę przyznać, że byłam rozczarowana. Sama nie jestem pewna, czy oceniałam tak dobrze Drżenie przez wzgląd na swój wiek, czy też po prostu faktycznie było lepsze. Mogę zaś dokładnie streścić, cóż takiego nie urzekło mnie w Niepokoju.
„Nie wiedziałam, że istnieje tyle różnych sposobów na to, by powiedzieć żegnaj.”
W mieście nastaje wiosna. Sam jest człowiekiem, tym razem jednak ma pewność, że już nigdy więcej się nie zmieni. To z Grace natomiast zaczynają się dziać dziwne, niewyjaśnione rzeczy. Wszystkie sprawy zaczynają się komplikować, również relacje głównej bohaterki z rodzicami stają się coraz bardziej napięte. Do miasta przyjeżdża również Cole, nowy wilkołak którego wcześniejsze życie jest dla pozostałych tajemnicą – do czasu.
Pierwszą zmianą w stosunku do części poprzedniej jest przede wszystkim zmiana liczby narratorów – z dwóch na czterech. Wbrew pozorom było to rozwiązanie bardzo dobre i już po kilku rozdziałach byłam wielką fanką relacji tworzącej się pomiędzy dość intrygującym Colem a Isabel, wciąż zbierającej się po śmierci brata. Jest to właśnie jeden z tych ciekawych, świeżych wątków dzięki któremu nie oceniłam tej powieści tak nisko, jak chwilami miałam ochotę.
„Unikanie życia to wspaniała terapia”
Jeśli ktokolwiek czytał już Drżenie z pewnością zauważył, że autorka serwuje nam wyjątkowo długie opisy i to głównie na nich opiera się całość. Podczas czytania brakowało mi przede wszystkim jakiejś dynamiki, nieco szybciej brnącej do przodu akcji – może dlatego chwilami opornie szło mi przewracanie kolejnych kartek.
„To naprawdę dziwne, czego miłość uczy człowieka o jego niedoskonałościach.”
Styl pisarki uległ nieznacznej zmianie, choć naprawdę ciężko mi stwierdzić, czy była to zmiana na lepsze. O ile tom pierwszy pełen był naprawdę iście filozoficznych opisów miłości i wszystkiego z tym związane – tak w Niepokoju tego nie ma. Język był tu natomiast kolejną rzeczą, która nieco mnie tu rozczarowała. Po pierwsza przyznać trzeba, że jest on prosty wręcz do bólu, niewymagający wiele od czytelnika.
Pomysł sam w sobie zbyt nowatorski nie jest, mimo iż motyw wilkołactwa nie pojawia się w powieściach tak często jak chociażby wampiry czy tak modne ostatnio anioły. Nie wiedzieć też czemu pisarze zaczęli często umieszczać w swoich dziełach córki pastorów. Czytając obie części chwilami myślałam sobie – już gdzieś czytałam coś podobnego! I faktycznie, odświeżyłam później swoją pamięć porównując twórczość Maggie Stiefvater do Dziedzictwa mroku. A nie muszę mówić chyba, co powstało szybciej.
Okładki same w sobie są raczej przeciętne, ani nie zachwycają ani też nie odpychają czytelnika. Ku mojej wewnętrznej radości powieść ta jest też wolna od wszelakich literówek i błędów językowych.
Sama nie jestem pewna jak mam tę powieść ocenić. Na pewno nie jest to najlepszy wybór lektury, jeśli ktoś tak jak ja jest fanem wartkiej akcji i preferuje dynamikę bardziej od obfitych opisów. Mnie chwilami one nużyły, ostatecznie jednak dotrwałam do końca spędzając podczas czytania te kilka całkiem przyjemnych chwil. Jak już wspominałam wcześniej na korzyść niepokoju przemawia również cały wątek Isabel i Cola, który w moim mniemaniu był ciekawszy chociażby od perypetii głównych bohaterów.  Zdecydowanie polecam ją jako miły odpoczynek od ambitniejszych pozycji, gdyż myślę że nie ma sensu rozpatrywanie jej w innych kategoriach.


Ocena:  6/10

wtorek, 6 sierpnia 2013

Requiem - Lauren Oliver



Tytuł: Requiem
Autor: Lauren Oliver
Liczba stron: 392
Wydawnictwo: Otwarte

Okładka mówi:  
Rewolucja rozlewa się na cały kraj, oddziały rządowe śledzą i brutalnie tępią grupy Odmieńców. Jako członkini ruchu oporu Lena znajduje się w samym centrum konfliktu. Rozdarta między Aleksem i Julianem walczy o swoje życie i prawo do miłości.

Moja opinia:
Ukończyła filozofię i literaturę na uniwersytecie w Chicago, potem przeprowadziła się do Nowego Jorku. Mieszka na Brooklynie, pisze wszędzie, ciągle i na wszystkim: i na notebooku, i na serwetkach. Poza tym uwielbia gotować, jest uzależniona od kawy i dodaje keczup do wszystkiego, nawet do kanapek z pomidorem.
Z definicją choroby zwanej delirią zetknęliśmy się w pierwszej części tejże serii, o dość oczywistym tytule – Delirium. Choroba ta jest leczona u wszystkich ludzi poprzez zabieg w wieku osiemnastu lat tak, by nie musieli w późniejszych latać cierpieć przez konsekwencje związane z miłością.
Requiem jest już ostatnią częścią zwieńczającą całą trylogię. Akcja rozpoczyna się niedługo po zakończeniu części drugiej, czyli w momencie gdy okazało się, że Aleks jednak żyje. Mamy okazję oglądać konfrontację tej dwójki w głuszy, a jeśli dodamy do tego Juliana, sporo akcji i kilka ofiar śmiertelnych – otrzymamy całkiem niezłą mieszankę.
„Taka jest właśnie przeszłość: unosi się, potem osiada i gromadzi warstwami. Jeśli się straci czujność, pogrzebie cię.”
Jeśli chodzi o bohaterów – Lena wciąż była tą samą silną kobietą, którą stała się po zamieszkaniu w głuszy. Narracja pierwszoosobowa sprawia, że czytelnik bez problemu może zajrzeć w jej najgłębsze przemyślenia, co sprawia iż łatwo nam się z nią utożsamić.
Diametralnej zmianie uległ Aleks. Z niegdyś pogodnego, uczuciowego chłopaka zamienił się w tajemniczego mężczyznę, trzymającego się raczej na uboczu.
Ciężko z kolei wyrazić mi jakąkolwiek opinię o Julianie. W drugiej części mieliśmy okazję poznać jego dość ciekawą i zaskakującą historię, obserwowaliśmy sympatię rodzącą się między nim a Leną. Pałałam do niego wielką sympatią i zdziwił mnie fakt, że w Pandemonium występował raczej rzadko i w małych ilościach.
Mieliśmy za to świetną okazję do poznania tej historii z perspektywy Hany, byłej najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki. Rozdziały naprzemiennie są pisane z jej perspektywy, oraz z perspektywy Leny. Myślę, że jest to zabieg bardzo ciekawy, pozwalający nam na obserwowanie całej sytuacji z dwóch stron barykady.
„Nie przestaje mnie zdumiewać, że ludzie są nowi każdego dnia. Że nigdy nie są tacy sami. Trzeba ich ciągle wymyślać. Zresztą oni też muszą ciągle wymyślać samych siebie.”
Styl autorki niezmiennie pozostaje ciekawy i bardzo wciągający, dzięki czemu pochłonęłam tę powieść w zaledwie kilka godzin. Język jest ciekawy, z pewnością nie można określi go ubogim. Mogę powtórzyć tu stwierdzenie, które nasunęło mi się już podczas lektury Delirium, mianowicie podczas czytania da się wyczuć, iż autorka miała styczność z filozofią.
Szata graficzna jest naprawdę przyjemna, w mojej opinii to właśnie ta okładka jest najładniejsza ze wszystkich trzech, na drugim miejscu plasuje się okładka Delirium, trzecie miejsce natomiast zajmuje Pandemonium.
Myślę, że Requiem jest naprawdę dobrym zakończeniem całej serii. Po Części pierwszej nie byłam pewna czego mam się spodziewać, jednak dzięki lekturze tomów kolejnych doceniłam całą historię i zobaczyłam, jak wielkie postępy poczyniła sama autorka. Całą serię z pewnością można określić mianem bardzo dobrej. Nie mogę co prawda wystawić oceny maksymalnej, gdyż czegoś mi tu brakowało – jednak z czystym sumieniem polecam ją wszystkim wahającym się. I na koniec zamieszczę cytat pochodzący z ostatniej sceny, która mimo iż przepełniona była patosem, miała jednocześnie swój urok. Jeszcze raz polecam.
„Wy wszyscy, gdziekolwiek jesteście: wy w strzelistych miastach i wy w małych wioskach. Znajdźcie w sobie to, co najtwardsze, kamienne bryły, żelazne pręty i ogniwa, i wyrzućcie precz. Umówmy się tak: zrobię to, jeśli i wy to zrobicie, teraz i na zawsze. Zburzcie mury.”

Ocena:  8/10

piątek, 2 sierpnia 2013

Podsumowanie miesiąca - lipiec

Już ponad połowę wakacji mamy za sobą, stwierdziłam więc, że dobrym pomysłem będzie zrobienie podsumowania. Porzuciłam je wiele miesięcy temu, gdyż panował tu zbyt mały ruch, teraz jednak mogę znów powrócić do tej małej tradycji ; )
Lipiec sam w sobie był dla mnie miesiącem dość obfitym jeśli chodzi o czytelniczą sferę życia. Przeczytałam około 10 książek, z czego zrecenzowałam większość z nich a na blogu opublikowałam 5 wybranych recenzji :
1. Erika Leonard - Nowe oblicze Greya
2. Lauren Oliver - Delirium
3. P.C. Cast - Powołanie
4. J.A. London - Ciemność przed świtem
5. Lauren Oliver - Pandemonium

Blog ma :
- 139 obserwatorów
- 85 postów z czego w lipcu ukazało się 9
- 21896 wyświetleń z czego w lipcu wyświetlono mój blog 2008 razy 
- 754 komentarze
- 63 osoby lubiące fanpejdż na fejsbuku 

 
W porównaniu do miesięcy wcześniejszych - myślę, że nie jest najgorzej. Pozostaje mi jedynie liczyć, że kolejne miesiące będą jeszcze lepsze! I jak zwykle dziękuję wszystkim, którzy mojego bloga odwiedzają ; )

czwartek, 1 sierpnia 2013

Grzechy anioła - L.H. Zelman


Tytuł: Grzechy anioła
Autor: L.H. Zelman
Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Okładka mówi:
Ostatni tom trylogii o walce sił dobra i zła oraz… niebezpiecznych pokusach.
Toczy się zażarta batalia o ludzkie dusze. Sojusznicy Samaela coraz bardziej rosną w siłę i szala zwycięstwa zaczyna przechylać się na ich stronę. Czy armia aniołów ma jakiekolwiek szanse ocalić świat przed ostatecznym pogrążeniem w chaosie?


Moja opinia:


Lidia Helena Zelman z wykształcenia jest polonistą i bibliotekoznawcą, na co dzień nauczycielem, a prywatnie żoną i mamą. Uwielbia literaturę, dobre kino, podróże i interesujących ludzi. Prowadzi ciche i spokojne życie z dala od miejskiego zgiełku, w Krainie Tysiąca Jezior i niezliczonej ilości lasów…
Jak wiadomo nie od dziś – do twórczości polskich autorów podchodzę raczej sceptycznie, a wręcz ją omijam. Po kilku nieudanych próbach odpuściłam sobie takie pozycje na czas bardzo długi i właściwie przypadek sprawił, że pierwsza część rozpoczynająca całą serię, czyli Tożsamość anioła trafiła moje ręce. Dokładnie pamiętam, jak szukałam jakiejś ciekawej pozycji na nudny wieczór i zaciekawiona opisem wybrałam właśnie tą. Tylko dlatego, że nazwisko nie od razu nasunęło mi, iż jest to powieść mojej rodzimej autorki.
Fabuła sama w sobie już od tomu pierwszego była naprawdę ciekawa, od razu widać, że wszystko zostało tu dokładnie przemyślane. Główną bohaterką i narratorką za razem jest Andrea – czyli Azathara, Boża ulubienica, Wybrana, światło, zamieszkująca ziemię w ramach swoistej kary za swoje uczucia do Narthangela. Nic nie jest jednak tak proste jakbyśmy chcieli – jej droga do odzyskania swej zapomnianej anielskiej tożsamości jest raczej długa i usiana przeróżnymi przeciwnościami losu. Już na samym początku poznajemy tajemniczego Kaspara, naprawdę interesującą postać, żywiącą do Andrei wyższe uczucia.
W kolejnych częściach do podstawowego grona dołącza naprawdę wielu nowych bohaterów, pojawia się sporo wątków co dodaje dużo świeżości do całej powieści. W części ostatniej naprawdę szeroko zostaje rozwinięty wątek Gabriela, co dla mnie było chyba jednym z największych plusów i budziło najbardziej pozytywne emocje. Wiązałam z tym spore nadzieje i nie mogę odżałować, że skończyło się właśnie w taki sposób. Zawsze jednak było to jakimś zaskoczeniem i odejściem od schematu, co w tym wypadku również działa na plus.
„Nie wiedziałam, że istnieje tyle różnych sposobów na to, by powiedzieć żegnaj.”
Styl powieści jest naprawdę ciekawy, wciągający. Nie pozwala nam oderwać się od lektury chociażby na chwilę – sama pochłonęłam całość w zaledwie jedną noc. Język również zasługuje na pochwałę, gdyż nie jest prosty niczym budowa przysłowiowego cepa (co w innych niedawno przeczytanych powieściach raziło w oczy niesamowicie).
Wątek aniołów i całej ich hierarchii został tu dość intensywnie rozbudowany, nie pomięto też w tym wszystkim postaci samego Boga jak to bywa w innych powieściach. Tutaj jest przedstawiony jako pan wszystkiego, a cały wygląd nieba raczej nie odbiega od biblijnych schematów.
Wygląd zewnętrzny wszystkich tomów został utrzymany w dość mrocznym klimacie – i to muszę pochwalić, okładki same w sobie są naprawdę estetyczne i wpadają idealnie w mój gust (choć mam wrażenie że do Bezsenności anioła można było wybrać nieco bardziej urodziwą modelkę). Wnętrze natomiast jest bez zarzutu – nie dopatrzyłam się żadnych błędów, literówek oraz pomyłek w żadnej z części.
Jeśli chodzi o całkowite zakończenie – myślę, że można było rozegrać to nieco inaczej (przede wszystkim w Grzechach anioła bardzo brakowało mi Kaspara), wciąż jednak myślę, że całość jest naprawdę dobra. Dzięki własnej niewiedzy miałam okazję przekonać się, że nie wszyscy polscy autorzy piszą przeciętne powieści, a wręcz przeciwnie. W tym gatunku raczej ciężko dodać coś od siebie i stworzyć coś nowego, myślę jednak, że L.H. Zelman podołała temu zadaniu.
Polecam tę powieść przede wszystkim tym wątpiącym w twórcze zdolności naszych rodzimych autorów, jak i wszystkim, którzy jeszcze o tejże serii nie słyszeli. Myślę, że można z nią spędzić sporo naprawdę przyjemnych chwil i żałuję, że to już koniec.


Ocena: 7/10