sobota, 22 lutego 2014

Nieumarła i niezamężna - Mary Janice Davidson


Tytuł: Nieumarła i niezamężna
Autor: Mary Janice Davidson
Liczba stron: 302
Wydawnictwo: Amber

Okładka mówi: Seks w wielkim mieście w wampirycznym wydaniu.
Po śmierci najgorsza jest świadomość, że spędzisz wieczność w tandetnych pantoflach. A twoje Blahniki i Jimmy Choo zagarnie wredna jędza…
Dzień, w którym umarłam, zaczął się kiepsko i z każdą chwilą stawał się coraz gorszy…
Jednego dnia wylecieć z pracy i wpaść pod samochód to doprawdy frustrujące. Ale nie to najbardziej przybija Betsy Taylor – byłą sekretarkę… i świeżo upieczoną wampirzycę. Jej największym problemem nie jest nowy stan ciała i ducha, ale fakt, że ma na nogach tanie, paskudne buty…


Moja opinia: 
            Mary Janice Davidson to Amerykańska autorka urodzona w 1970 roku, pisząca przede wszystkim w tematyce paranormale romans, ale także regularne romanse i książki dla młodzieży. Zasłynęła przede wszystkim z dwóch serii książek "Wyndham" i "Undead". Znajduje się na liście bestellerów The New York Times- i USA Today. W 2004 wygrała Romantic Times Reviewer’s Choice Award i była nominowana do niej także w 2005 roku.
Znudzona i nieco nazbyt strudzona codziennością postanowiłam, by dla odmiany sięgnąć po coś naprawdę nieskomplikowanego w swej budowie. I tak właśnie mój wybór padł na Nieumarłą i niezamężną. 
            Główną bohaterką powieści jest Betsy – urocza, stosunkowo młoda kobieta prawdopodobnie cierpiąca na syndrom umysłowego bondu. Jednego dnia traci swoją dotychczasową pracę z której zresztą nie była zbyt zadowolona oraz… życie. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że budzi się w kostnicy jakby nigdy nic i po prostu stamtąd wychodzi. Jak przystało na kobietę, która powinna być martwa na początek kieruje się do swojej rodziny. Krótko po tych jakże logicznych wydarzeniach dostaje dziwny telefon i zostaje wplątana w sprawy wampirów. Czyżby była ich królową? 
„Utrata pracy to najgorsza rzecz na świecie. Wiesz, bez cienia wątpliwości, że cię nie chcą. I nieważne, czy nie chcą z przyczyn praktycznych, finansowych czy osobistych.”Długo myślałam nad tym, co właściwie powinnam zawrzeć w tej recenzji i szczerze mówiąc sama nie jestem pewna co powiedzieć. Rzadko która książka budzi we mnie tyle sprzecznych emocji co Nieumarła. Dlatego może zacznę na początek przejdę do bohaterów. 
            Główna bohaterka nie należy do zbyt bystrych, inteligentnych czy chociażby ciekawych osób. Niczym nie zaskakuje, raczej budzi irytację swoim niezwykle irracjonalnym zachowaniem. Reszta postaci również jest dość bezbarwna, zwyczajnie schematyczna bez jakichkolwiek cech własnych. 
            Jeśli chodzi o ten sławny, niezwykły humor powieści nad którymi wydawnictwo tak rozwodzi się na okładce – myślę, że został zdecydowanie przereklamowany. Nie wiem czy po prostu nie trafia on totalnie w mój gust, czy też faktycznie jest tak kiepski – z pewnością jednak nie jest zabawny. W ogóle. Moim skromnym zdaniem zakrawa nieco bardziej pod żenadę. Choć w sumie uśmiechnęłam się mniej więcej trzy razy podczas lektury, czy to jednak dużo – oceńcie sami. 
„- Masz źrenice niemal dwukrotnie większe niż zwykli ludzie. Jeszcze nigdy takich nie widziałem. - Cóż mogę powiedzieć? Zawsze byłam szczególna - odparłam skromnie. - Właśnie - włączyła się Jessica. - Tacy jak ty mają nawet swoje olimpiady.”            Powieść napisana jest językiem niezwykle prostym, toteż nie stanowi ona wielkiego wyzwania dla potencjalnych czytelników. Co jakiś czas został on jednak przepleciony z pojedynczym nieco bardziej wyszukanym wyrazem, który prawdopodobnie miał dodać temu wszystkiemu inteligencji – myślę jednak, że zabieg ten jest zabawniejszy niż większość ‘żartów’ zawartych w tej powieści. 
            Nie jestem pewna, czy powinnam wam ją polecać, czy też wręcz przeciwnie. Wszystko zależy od tego, czego czytelnik będzie oczekiwał od tej powieści, bo jeśli czegoś ambitniejszego i ciekawego – może się mocno rozczarować. Sama jestem właśnie w takim położeniu i mimo wcześniejszych planów dobrnięcia do końca całej serii – odkładam ten plan bezterminowo, być może nawet na zawsze. Nieumarła i niezamężna nie sprostała moim oczekiwaniom.
Ocena: 4/10

środa, 12 lutego 2014

Dotyk Crossa - Sylvia June Day


Tytuł: Dotyk Crossa
Autor: Sylvia June Day
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Wielka litera

Okładka mówi: Powieść, którą czytają kobiety w trzydziestu sześciu językach na całym świecie.
Powieść, która jest najszybciej sprzedającym się tytułem ostatniej dekady.
Jedyna taka powieść erotyczna, która łączy w sobie dobry styl z wyjątkową przyjemnością czytania.
Gideon Cross pojawił się w moim życiu jak błyskawica w mroku.
Był piękny i intrygujący, rozpalał do białości. Pociągał mnie jak nikt dotąd. Pragnęłam jego dotyku jak narkotyku, choć wiedziałam, że jest dla mnie zgubny. Moja zraniona dusza i ciało broniły się, ale on z łatwością je posiadł.
Moja opinia:             Ostatnimi czasy zauważyłam nową modę w literaturze zapoczątkowaną przez 50 twarzy Greya. Sama byłam autentycznie zdziwiona faktem, jak sporą popularność zaczęła zyskiwać literatura erotyczna, która niekoniecznie zasługiwała na to miano. Jak wiadomo nie od dziś - internet jest niezmierzonym źródłem wiedzy i to właśnie tam natknęłam się na wzmiankę o tym, jakoby istniała seria dużo lepsza od wcześniej wspomnianej. I tak właśnie w moje ręce wpadł pierwszy tom serii noszący niezwykle sugestywny tytuł - Dotyk Crossa.
            Sama nie byłam pewna czego w ogóle powinnam się po tej powieści spodziewać, toteż podeszłam do niej dość sceptycznie, obawiając się kolejnego czytelniczego rozczarowania sięgającego niżej od poziomu podłogi. Przejdźmy więc do moich pierwszych wrażeń.
            Już na początkowych stronach zostajemy uraczeni dziewięcioma opiniami na temat tejże powieści, które są pełne zachwytów, a jedynie cztery z nich (trzy bezpośrednio, jedna pośrednio) nawiązują do 50 twarzy. Po przeczytaniu ich wszystkich mogłam jedynie unieść brwi w geście zdziwienia, po czym z jeszcze większym sceptycyzmem niż wcześniej zabrałam się za lekturę.
„Dlaczego w ogóle nazywać to seksem? Dlaczego nie być bardziej dosłownym i nie nazwać tego emisją nasienia do wyselekcjonowanej waginy?”
            Już na pierwszym stronach mamy okazję poznać Gideona Ależ trysnę Crossa. I tak, wcale źle nie przeczytaliście, a jego uroczy przydomek jest jedną z perełek, na które miałam okazję natknąć się w czasie lektury. Jak wiadomo nie od dziś - do tanga trzeba dwojga, a partnerką naszego nadzianego, pięknego potentata finansowego została Eva Tramell.
            Na początek zacznę może od wymienienia rzeczy, które łączą obie wyżej wspomniane serie. Po pierwsze - również pojawia się tu wątek nowej pracy, przeprowadzki. Do tego wystarczy dodać niesamowitego faceta, główną bohaterkę o jednosylabowym imieniu  (przypadek? była Ana, teraz jest Eva), matkę głównej bohaterki po przejściach... Czy to nie brzmi znajomo? Również nasza para głównych bohaterów boryka się z codziennością oraz trudami zbudowania trwałego związku, który początkowo miał być relacją niezobowiązująco-seksualną. Idealny pan Cross również posiada mroczne problemy z przeszłości, które wciąż dają o sobie znać, oraz jest zaborczy i zakochuje się w Evie.  Biorąc pod uwagę te wszystkie wątki, ja jako czytelniczka mogłam jedynie zanucić sobie Ale to już było i brnęłam dalej w lekturę. Im dalej jednak podążamy z bohaterami, tym bardziej podobieństwa zaczynają zanikać.
            Małym powiewem świeżości jak dla mnie było to, że bohaterka w końcu nie była żadną ofiarą losu, ani też przestraszoną życia dziewicą - a niestety większość autorek ma tendencję do kreowania właśnie takich postaci. Eva jest kobietą pewną siebie, jej wcześniejsze życie było dość bujne pod względem towarzyskim, a i nie zabrakło też dość traumatycznych przeżyć, które miały kluczowy wpływ na jej charakter.
            Jeśli zaś chodzi o cały wątek przeszłości samego Gideona - tutaj muszę pochwalić autorkę, bo motyw gwałtów oraz wszystkich jego następstw przekonał mnie dużo bardziej niż miało to miejsce w przypadku Greya.
            Kolejną rzeczą, która w tej serii urzekła mnie nieco bardziej był wątek postaci drugoplanowych - a w tym wypadku przyjaciela o imieniu Cary. Wszystkie jego przygody miłosne, zaistniały trójkąt oraz sam charakter tej postaci niesamowicie mnie urzekły.
            Mimo wszystko da się również w tej powieści dostrzec kilka wad. Jeśli chodzi o sceny erotyczne - najbardziej bawiło mnie tu nazewnictwo. Dla przykładu, wyrażenie Ależ trysnę jest jak dla mnie nie tylko nienaturalne, ale i wręcz komiczne. Do tego cipki, fiuty oraz (uwaga, moje ulubione określenie) - nabrzmiewający fallus. Nie żebym była uprzedzona do niezwykle literackiego nazywania niektórych zjawisk, jednak wystarczy spojrzeć na moje nazwisko, by uświadomić sobie dlatego te dwa wyrazy powodowały u mnie uniesienie brwi w geście zdziwienia.
            Jeśli mam być szczera - powieść ta faktycznie jest lepsza od 50 twarzy, nieco lepiej wykreowano tu postacie oraz fabuła jest zdecydowanie bogatsza, nic jednak nie zmieni faktu, że sporo wątków zostało zwyczajnie... skopiowanych.
„Uciekałam, kiedy tylko sprawy zaczynały się komplikować, ponieważ żyłam w przeświadczeniu, że wszystko i tak skończy się tragicznie. Jedyna forma kontroli, jaką stosowałam, to decyzja, by odejść, zanim ktoś odejdzie ode mnie.” 
            Nie jest to co prawda literatura wysokich lotów, jednak spędziłam przy niej sporo chwil pełnych zdziwienia, konsternacji oraz rozbawienia. Możemy przy niej niezwykle wypocząć pod względem psychicznym, polecam więc wytrwałym jako niezobowiązującą lekturę w ramach odskoczni od trudów życia codziennego. I na koniec zacytuję niezwykle mądre zdanie jakie niedawno usłyszałam. Dlaczego faceci w książkach są tacy dobrzy, troskliwi i kochają jak nikt inny? Ponieważ piszą je kobiety. Ba dum tsss. 

Ocena: 4/10

sobota, 8 lutego 2014

Podsumowanie stycznia & kilka luźnych pomysłów



Witajcie!
Styczeń upłynął dość szybko i z pewnością był miesiącem, który w większej mierze poświęciłam nauce, fotografii oraz pisaniu zaległych recenzji, samo czytanie natomiast nieco zaniedbałam. Długo rozważałam pomysł powrotu do podsumowań, ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że ten jeden raz z powodów o których szerzej wypowiem się za chwilę - mogę powrócić do tej skromnej tradycji. A jak będzie to wyglądać w przyszłości - zobaczymy z czasem.
Styczeń uważam za miesiąc naprawdę udany, gdyż na nowo odkryłam w sobie pasję do pisania, która w ostatnim czasie naprawdę ukryła się we mnie gdzieś głęboko. Znów z radością zabrałam się za klepanie w klawiaturę, co można zobaczyć chociażby w dość obszernych recenzjach ostatnio przeze mnie publikowanych.
Na blogu ukazał się jubileuszowy setny post -
z tej okazji miałam w planach zorganizowanie małego konkursu, jednak z braku czasu przełożę go na maj, czyli na okres w którym skończą się matury. Niedługo również blog będzie obchodził swoją trzecią rocznicę istnienia. Wiem, że zdarzały mi się okresy, w których niezwykle go zaniedbywałam i ciężko po ilości postów stwierdzić, że istnieje on już tak długo - przy tej okazji chciałabym jednak podziękować wszystkim, którzy odwiedzają mnie regularnie, bądź też wpadają od czasu do czasu. Każdy komentarz jest dla mnie cenny i dowodzi tego, że nie piszę sama dla siebie, ale jest też ktoś kto chce moje słowa czytać - ta świadomość jest niezwykle budująca dla blogera, myślę więc, że wiecie co mam na myśli ;)
W styczniu na blogu ukazały się recenzje następujących pozycji :
- Gorączka - Dee Shulman
Repetytorium z języka polskiego
- Błękitna miłość - S.C. Ransom
- Anielski ogień - C.A. Moulton
- Klątwa tygrysa - Coulleen Houck



Od jakiegoś czasu chodzi mi również po głowie kilka pomysłów - w tych kwestiach jednak chciałam najpierw zasięgnąć opinii u WAS, czyli moich czytelników. Po pierwsze - czy jest ktokolwiek chętny do wzięcia udziału w recenzjach szkolnych jako akcji? Od kilku tygodni chodzi mi po głowie zamienienie jej na akcję, w której każdy czytelnik wyrażałby własne zdanie o lekturach szkolnych, podręcznikach, przeróżnych książkach do nauki oraz o materiałach związanych z językami obcymi. Oczywiście powstałaby do tego stosowna zakładka na moim blogu, na którą mam już mały pomysł. Co o tym myślicie?
Po drugie - niesamowicie korci mnie pomysł wznowienia sobotniego gdybania, czyli dyskusji związanych niekoniecznie ze światem książkowym, ale również ze sprawami żywotnymi oraz problemami życia codziennego, choć tematy blogsfery na pewno nie zostałyby pominięte. Nie wiem jak by mi to wyszło, jestem jednak ciekawa tego, czy jeśli faktycznie pomysł ten zostałby zrealizowany - znaleźliby się chętni do wyrażania własnych opinii i brania udziału w ewentualnych dyskusjach?
I po trzecie, a jednocześnie ostatnie - czy chcielibyście dowiedzieć się czegoś o mnie, czyli autorce bloga Kochamy Książki? ;) Rozważam dodanie stosownej zakładki, jestem jednak ciekawa czy potencjalnych czytelników interesuje to, kim naprawdę jestem.
Jeśli ktoś dobrnął do końca - gratuluję, oraz życzę przyjemnego weekendu.