niedziela, 27 kwietnia 2014

Sto dni po ślubie - Emily Giffin


Tytuł: Sto dni po ślubie
Autor: Emily Giffin
Liczba stron: 376
Wydawnictwo: Otwarte

Okładka mówi: Ślub bierze się z miłości i z wiarą we wspólną przyszłość z ukochanym mężczyzną.
A jeśli to za mało?
A jeśli kochamy więcej niż raz?
Sto dni po ślubie Ellen spotyka Leo, swoją dawną wielką miłość. Ożywają uczucia ukryte głęboko w sercu. I budzą się wątpliwości – czy podjęła dobrą decyzję? Czy jej mąż Andy jest tym jedynym, z którym pragnie spędzić resztę życia? Czy małżeństwo z nim jest spełnieniem jej marzeń?
Moja opinia: 

            Emily Giffin to amerykańska autorka bestsellerów. Rzuciła karierę prawniczą, aby poświęcić się rodzinie i pisaniu. Mieszka w Atlancie wraz z mężem i trójką dzieci. W Polsce ukazały się pięć jej powieści: "Coś pożyczonego", "Coś niebieskiego", "Dziecioodporna","Sto dni po ślubie" i "Siedem lat później". Każdy kto zapoznał się chociaż w minimalnym stopniu z twórczością owej autorki, z pewnością dostrzeże pewien schemat powieściowy jej twórczości, gdyż jak widać dominują tutaj problemy małżeńskie.
            Jeśli mam być szczera, do momentu aż powieść  Sto dni po ślubie nie wpadła w moje ręce, nie słyszałam kompletnie nic na jej temat. Imię autorki również było dla mnie nowością, więc zaintrygowana zaczęłam oglądać książkę ze wszystkich stron. Oczywiście nie mogłam przeoczyć subtelnych sugestii, jakoby był to kolejny bestseller, a wszystkie pozostałe powieści natychmiast trafiały na tak osławioną listę ,,New York Timesa". Skomentowałam to jedynie uniesieniem brwi i pełna obaw zabrałam się za lekturę.
I choć raz tylko złamane serce nie czyni mnie ekspertem w tej dziedzinie, jestem pewna, że aby w pełni odzyskać siły po zawodzie miłosnym, potrzebny jest nie tylko czas, ale i coś, co zdoła zapełnić pustkę wywołaną odejściem ukochanej osoby.
            Dokładnie sto dni po ślubie nasza główna bohaterka i narratorka za razem, Ellen, spotka swego dawnego ukochanego sprzed lat, co natychmiast budzi ukryte gdzieś głęboko uczucia. Zaczyna odczuwać pewne wątpliwości względem tego, czy jej mąż Andy jest aby na pewno tą miłością, z którą warto spędzić całe życie i praktycznie od razu przystaje na propozycję pracy od swego czarującego ex, Leo.
            Praktycznie od razu w oczy rzuciła mi się narracja w czasie teraźniejszym z licznymi powrotami do przeszłości. Osobiście nie jestem zwolenniczką wprowadzania tego czasu, jednak szczerze mówiąc, dość szybko do niego przywykłam i z ciekawością poznawałam wcześniejsze losy bohaterów oraz na bieżąco brnęłam w akcję.
            Styl autorki jest dość ciekawy, barwny i wciągający. Sama pochłonęłam powieść zaledwie w kilka godzin. Nie znaczy to jednak, że nie ma ona wad, a wręcz przeciwnie. Sama dostrzegłam ich dość wiele i uparcie chciałam dotrzeć do końca wciąż licząc na to, że autorka wybrnie z tego w nieco inny sposób.
            Bohaterowie są z pewnością nakreśleni w dość realny sposób, wciąż odnosiłam jednak, że byli oni zwykłą szarą masą i nie dostrzegałam w nich żadnej głębi osobowości. Nawet Ellen będąca artystką niezwykle mnie rozczarowała. Andy to całkiem przyjemny facet, typ spokojnego małżonka marzącego o ostatecznym ustatkowaniu się na prowincji. Jest jednak również typowym maminsynkiem co widać zwłaszcza przy końcu wydarzeń i jak na moje oko za długo zajęło mu dojście do szalenie błyskotliwego wniosku, że powinien nieco bardziej bronić Ellen przed zarzutami innych.
Kiedy wybierasz jakąś drogę, to normalne, że myślisz o tej, której nie wybrałaś.
            Margot, najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki również nie powaliła mnie na kolana swoją osobowością, gdyż okazała się być raczej typową egoistką, która jest przy kimś tak długo, jak okoliczności temu sprzyjają. Nie odczuwam sympatii to żadnego z bohaterów, gdyż nie byliby oni ludźmi których w normalnym życiu bym polubiła. Przyznać jednak trzeba, że są to postacie żywe a nie przekombinowane i bez problemu możemy znaleźć ich odpowiedniki w swoim otoczeniu.
            Kwintesencją tej powieści miał być trudny wybór, jakim jest wskazanie tej najprawdziwszej miłości, z którą możemy się zestarzeć. I mamy przedstawione na tacy wszystkie szalenie skomplikowane uczucia Ellen. Jak dla mnie było wręcz nie do uwierzenia, by wciąż żywić uczucia dla kogoś, kto potraktował ją w tak szalenie podły i obojętny sposób, ona jednak mimo to rzuciła się na niego, gdy nagle powrócił po latach. I jeśli ona wciąż twierdziła, że go kocha - mogło to znaczyć albo, że ma niską samoocenę, albo jest po prostu głupia. Różnych rzeczy w życiu doświadczyłam i jeśli czegoś mogę być pewna, to właśnie tego, że praktycznie niemożliwe jest zachowanie tak barwnych uczuć wobec kogoś, kto czynił więcej zła niż dobra i sprawiał ból. No chyba, że ktoś spełnia jeden z wymienionych przeze mnie wcześniej czynników.

            Powieść jest przedstawiana jako niezwykła wewnętrzna walka uczuć. Fakt, jakąś tam walkę mamy, jednak nie jest to dla mnie ani autentyczne, a sama powieść z pewnością nie robi szału pod żadnym względem. Potraktowałam ją jako coś, co umili mi czas który powinnam przeznaczyć na naukę do matury i w takiej roli spełniła się świetnie, gdyż nie jest pozycją wymagającą. Pozostawia jednak po sobie pewien niedosyt i rozczarowanie, dlatego też uniknę sięgania po książki tej autorki. Bynajmniej jednak mając do wyboru Leo i Andy'ego - wybrałabym opcję ucieczki od nich obu. 

Ocena: 5/10


czwartek, 17 kwietnia 2014

Podarunek śmierci - Bree Despain


Tytuł: Podarunek śmierci
Autor: Bree Despain
Liczba stron: 544
Wydawnictwo: Galeria książki

Okładka mówi: Życie Grace jest w rozsypce. Daniel nadal jest wilkiem, Talbotowi nie można ufać, a Caleb wciąż zagraża bezpieczeństwu ich wszystkich. Śmierć Sirhana zbliża się wielkimi krokami i wszystko wskazuje na to, że nie uda się uniknąć walki.
Czy Grace ulegnie wilkowi, próbując uratować rodzinę?
Co się stanie z Danielem... i czy ich miłość przetrwa tę wielką próbę?
Moja opinia:
           Bree Despain na nowo odkryła dziecięcą pasję tworzenia opowieści, kiedy na studiach wzięła półroczny urlop, żeby pisać i reżyserować sztuki dla nastolatków z zaniedbanych dzielnic Filadelfii i Nowego Jorku. Obecnie mieszka w Salt Lake City w stanie Utah z mężem oraz dwójką małych synów.
Trygia autorstwa Bree Despain jest już kolejną z rozpoczętych przeze mnie kilka lat temu romansów paranormalnych, których do tej pory nie miałam okazji dokończyć. Pchana moją nastoletnią fascynacją tymi właśnie powieściami, pełna wspomnień niezwykłej przygody jaką było czytanie Dziedzictwa mroku i Łaski utraconej - zabrałam się za Podarunek śmierci. 
                Szczerze mówiąc rozczarowałam się nieco po zakończeniu lektury tejże powieści, gdyż albo nieświadomie wyidealizowałam wspomnienia, albo też w moich młodzieńczych latach byłam zdecydowanie mniej krytyczna dla literatury. 
„Złość to moc równie silna jak miłość.”

                Opisy są w miarę ciekawe i nie nużą czytelnika, mimo wszystko jednak brakuje im jakiegoś porywającego elementu. Język jest stosunkowo prosty i z pewnością będzie zrozumiany przez każdego, plusem natomiast będą dialogi - dość zwięzłe, nie brzmiące przy tym sztucznie. 
Z pewnością w całej tej historii drzemie jakiś potencjał, jednak według mnie nie został on odpowiednio wykorzystany, w efekcie czego jest to jedynie kolejny romans paranormalny naszpikowany powielanymi schematami, które przewinęły się przez inne powieści setki razy. 
                  Jednym z faktycznych plusów jakie dostrzegłam w Podarunku śmierci był właśnie motyw, zawarty w tytule. Nie będę zdradzać tego, kto owy 'podarunek' otrzymał, niemniej jednak myślę, że sam wątek tej postaci był ciekawy i poniekąd żałuję, iż nie było nam dane by poznać ją nieco lepiej. Cóż, szkoda. 
Spodziewałam się większej ilości emocji, akcji, tudzież jakiegoś dramatu i niestety przeżyłam rozczarowanie. 
                  Komu polecam Podarunek śmierci? Na pewno wszystkim, którzy już zaczęli swoją przygodę z całą serią i wahają się przed jej dokończeniem. Niemniej jednak polecam ją przede wszystkim nieco młodszym i bardzo znudzonym czytelnikom, gdyż myślę, że jest wiele lepszych powieści dostępnych na rynku.


Ocena: 5/10


niedziela, 13 kwietnia 2014

Córka dymu i kości - Laini Taylor


Tytuł: Córka dymu i kości
Autor: Laini Taylor
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Amber

Okładka mówi: Na wszystkich kontynentach na drzwiach domów pojawiają się czarne odciski dłoni. Wypalają je skrzydlaci nieznajomi, którzy wkradają się do naszego świata przez szczelinę w niebie…
Przemierzająca kręte uliczki zasypanej śniegiem Pragi siedemnastolatka ze szkoły sztuk plastycznych zostanie wkrótce uwikłana w brutalną wojnę istot nie z tego świata. I odkryje prawdę o sobie – zrodzonej z dymu i kości…
Jej szkicowniki są pełne potworów. Mówi w wielu językach, nie tylko ludzkich. Ma jaskrawoniebieskie niefarbowane włosy, niezwykłe tatuaże i blizny. Kim jest?


Moja opinia:           
           Przez zbliżającą się coraz bardziej maturę mój poziom stresu gwałtownie wzrasta z każdym dniem, dlatego tego też postanowiłam, że muszę w jakiś sposób się wyluzować. Porzuciłam więc rozmyślania dotyczące tego, nad podręcznikiem z którego przedmiotu powinnam zapłakać żałośnie i zabrałam się za przeglądanie listy książek "do kupienia". I tam właśnie dostrzegłam tytuł zapisany w mej pamięci, po czym zdecydowałam się, że moją kolejną lekturą będzie Córka dymu i kości.
Idąc do szkoły po pokrytych śniegiem kocich łbach, Karou nie miała żadnych złych przeczuć.
            Tym jakże krótkim i niepozornym zdaniem rozpoczyna się cała powieść i jeśli mam być szczera, nawiązanie autorki do owych kocich łbów przywołało w mej pamięci niesamowicie wyraźne obrazy pięknych, wybrukowanych uliczek Pragi. Trzeba przyznać, że miasto to jest po prostu piękne i Laini Taylor dzięki swemu barwnemu językowi idealnie odtwarza ten klimat.
Nadzieja ma wielką moc. Może nie ma w niej prawdziwej magii, ale jeśli wiesz, na co masz nadzieję, i pielęgnujesz ją wewnątrz siebie jak światło, możesz sprawić, że to się wydarzy, prawie jak za pomocą magii.
            Cytat ten idealnie oddaje nam przesłanie książki, ponieważ gdybym miała jednym zdanie oddać całą jej kwintesencję, rzekłabym po prostu, że jest ona o nadziei.
            Główną bohaterką powieści jest Karou, siedemnastoletnia uczennica praskiej akademii artystycznej. Jest ona typem indywidualistki, wyróżnia się z tłumu chociażby dzięki swoim niebieskim włosom i licznym tatuażom, a jej talent do rysowania jest dostrzegany i podziwiany przez bardzo wiele osób. Jednak oprócz tego normalnego życia, prowadzi również drugie - nikt jednak nawet nie śmie podejrzewać, że fantastyczne stwory z jej rysunków mogą istnieć naprawdę. Dziewczyna raz na określony czas wykonuje zadania dla Brimstone'a, Dealera Marzeń oraz jednocześnie jednej z chimer, przez które była wychowywana. Sama tak naprawdę nie wie zbyt wiele o sobie, pytania jednak nie przynoszą oczekiwanych odpowiedzi.
- Nadzieja jest wewnątrz ciebie, a życzenia to tylko magia?
-Życzenia są nieprawdziwe. Nadzieja jest prawdziwa. Jest jedyną prawdziwą magią.
            Sama nie wiedziałam czego mam spodziewać się po lekturze tej książki, gdyż z jednej strony miałam nadzieję, że będzie czymś więcej niż kolejnym nic nieznaczącym paranormalem, z drugiej zaś obawiałam się rozczarowania. Jak się okazało nieco później - dość niesłusznie.
            Cały świat przedstawiony został zbudowany w niesamowicie interesujący oraz złożony sposób, wszystko najprawdopodobniej zostało dokładnie przemyślane przez autorkę, gdyż pod tym względem nie ma tu żadnych niedopatrzeń ani schematów. W końcu poczułam mały powiew oryginalności, gdzie to kobieta zostaje przedstawiona jako diablica, mężczyzna natomiast jako anioł. Jednak jak to zwykle w życiu bywa - niż nie jest tu takie proste, a żadna z postaci nie jest ani czarna, ani biała. Wszyscy są wielowymiarowi, mają swoje indywidualne cechy i nie stanowią zlepienia szarej masy.
-Przysięgam, że z dnia na dzień nienawidzę ludzi coraz bardziej. Wszyscy mnie wkurzają. Jeśli teraz tak jest, to co ze mną będzie, gdy się zestarzeję?
- Będziesz wredną starą babcią, która strzela z wiatrówki do dzieci na ulicy.
- Nie. Wiatrówka tylko je rozdrażni. Kupię sobie kuszę. Albo bazookę.
            W powieści tej nie zabrakło oczywiście poczucia humoru i wielu zabawnych momentów, przesiąkniętych sarkazmem, co oczywiście zasługuje na ogromny plus. Język i styl są barwne, bogate. Nie można nudzić się podczas lektury, która wciąga bez reszty - sama spędziłam cały wieczór na lekturze, zapominając o reszcie świata.
Pozostać szczerym w obliczu zła to dowód prawdziwej siły.
            Znalazłam tu coś, czego szukałam usilnie w powieściach od bardzo dawna, lecz przy tym nie miałam zbyt wiele szczęścia. W końcu trafiłam na pozycję, która zawiera w sobie coś więcej, niż tylko kolejny banalny romans okraszony płaskim światem fantasy, gdyż mamy tu walkę o wartości.
Dawno, dawno temu anioł i diabelica zakochali się w sobie. Nie skończyło się to dobrze. Bo ośmielili marzyć o świecie bez wojny i rozlewu krwi Ale to nie był ich świat...
            Powiem szczerze, że od Córki dymu i kości dostałam o wiele więcej niż oczekiwałam, a wielkim zaskoczeniem był dla mnie moment odkrycia wydawnictwa powieści, na które to zdarzyło mi się ponarzekać przez nazbyt płytkie powieści. Ta jedna zmienia nieco moje podejście.
            Zdecydowanie polecam wszystkim szukającym czegoś ciekawego, jest to jednak z lepszych młodzieżówek z jakimi zetknęłam się od bardzo dawna. Sama z wielką chęcią sięgnę po części kolejne by dowiedzieć się, jaki finał miała cała ta historia.


Ocena: 8/10

czwartek, 10 kwietnia 2014

Filmowo - Dary Anioła: Miasto kości (2013)

         
               Zapewne każdy z was zna to uczucie ekscytacji, gdy tylko człowiek dowiaduje się o tym, iż jedna z jego ulubionych powieści zostaje zekranizowana. Sama pełna byłam uczuć niezwykle skrajnych, a najbardziej obawiałam się doboru aktorów, jednak nie chcąc psuć sobie zabawy - przed wizytą w kinie nawet nie zerknęłam na obsadę aktorską, coby nie psuć sobie niespodzianki.
             Pełna emocji usiadłam w kinie razem z dwiema przyjaciółkami w moim lokalnym kinie o wyjątkowo niskich standardach, dziwiąc się w międzyczasie, że film pojawił się u nas w czasie tak niedługim od swojej premiery w całej Polsce. Mały krok naprzód? Oby tak było.
             I po pierwszych sekundach filmu zrobiło mi się dosłownie smutno, bo wizerunek głównych bohaterów niekoniecznie odpowiadał moim wyobrażeniom więc mam zamiar w następnych kilku akapitach nieco nad tym zapłakać.
       
              Po pierwsze - Jace. Jeden z moich ulubionych bohaterów męskich, faworyt całej serii słynący ze swego sarkastyczno-ironicznego poczucia humoru. I fakt, w filmie zarys jego postaci teoretycznie trzyma się książkowego pierwowzoru, okrojono jednak nieco jego repertuar najlepszych tekstów, choć kilka z nich oczywiście się w nim znalazło. Jednak nurtuje mnie jeden fakt, mianowicie czy wy właśnie tak wyobrażaliście sobie Jace'a? Bo ja miałam ochotę zapłakać żałośnie nad tym, jak zniszczono moje nastoletnie marzenia o aparycji tej postaci. No ale jak wiadomo - nie zawsze możemy mieć wszystko. Jeśli mam być szczera, bliższa moim wyobrażeniom o wyglądzie mojego ulubieńca zdecydowanie jest polska wersja okładki pierwszej części, natomiast aktor znajdujący się na zdjęciu po prawej - cóż. Zwyczajnie mi się nie podoba.




             Sytuacja podobnie miała się, gdy
po raz pierwszy zobaczyłam główną bohaterkę. Cóż, odtwórczyni tej roli bynajmniej do brzydkich nie należy, jednak również niekoniecznie wbiła się w mój gust. Filmowa wersja Clary wydawała mi się być nieco mniej wyrazista, wciąż jednak wzbudzała moją sympatię. Mam jednak wrażenie, że Lily Collins nie była zbyt dobrym wyborem i odbiegała od moich wyobrażeń. Nie powinna być nieco młodsza? I teraz pytanie za dziesięć punktów, to ja jestem tak przewrażliwiona, czy też ktoś z was również przez cały film rozmyślał o tym, z jak wielką chęcią dopadłby ją z pęsetą? Te brwi są przerażające. No i przecież ich kolor wcale nie przypominał o tym, że ruda czupryna jest farbowana.

            Za sobą mamy już część minusów, więc teraz dla odmiany przejdę do czegoś, co niewątpliwie przysporzyło mi pozytywnego zaskoczenia. Naprawdę, jeśli cokolwiek w tym filmie było warte wydania trzynastu złotych - to był to widok Magnusa w bokserkach! Prawdopodobnie jako jedyny ze wszystkich aktorów został dobrany wprost idealnie i wstrzelił się w moje skromne wyobrażenia na temat czarownika. I cóż tu dużo mówić, nawet mimo makijażu, którego nie powstydziłoby się wiele pań - pozostawał całkiem atrakcyjnym facetem.
            Kolejną z postaci, która na pewno wpasowała się w moją wyobraźnię bardziej niż odtwórcy głównych ról był Simon. Wyglądał właśnie tak, jak powinien wyglądać typowy najlepszy przyjaciel. Wciąż sympatyczny i na swój sposób pocieszny, dobry przyjaciel miły dla oka. Nic jednak nie było wstanie przebić mojego niemego zachwytu związanego z Magnusem. Ah!
             Jeśli zaś o samą fabułę chodzi, na początku jest nieco chaotycznie. Ludzie, którzy nie mieli w swoich rękach książki mogą czuć się nieco zagubieni, choć uczucie to zapewne minie razem z rozwijającą się akcją. Co natomiast mogę zauważyć jako zagorzała fanka całej serii? Nieco drobniejszych faktów zostało pozmienianych, również sporo wydarzeń pominięto, gdyż akcja mimo swej początkowej powolności nabiera tempa i od razu przeskakuje do finału. Właśnie tam brakuje mi kilku scen, dialogi chwilami wydają się być nieco bezsensowne, choć najwyraźniej próbowano odtworzyć sarkastyczny klimat powieści. Nie do końca wyszło. Jeśli zaś chodzi o pozostałą część obsady - nie odznaczyła się według mnie w żadną ze stron.
              Myślę, że zatracono nieco potencjał tej powieści, gdyż można było zrobić z tego niesamowity film. Wyszło coś raczej nijakiego, jeśli mam być szczera. Osobiście stwierdzam, że rozczarowałam się i nie jestem pewna czy zmarnuję kolejny raz pieniądze, by wybrać się na kontynuację. (No chyba, że chęć patrzenia na Magnusa znów zwycięży).
                                                                     ***
Wśród moich pisarskich tworów znalazłam już dość starą recenzję filmowej wersji Miasta Kości i stwierdziłam, że jednak ją opublikuję. W końcu lepiej późno niż wcale ;) Czy wy również rozczarowaliście się tym filmem?

sobota, 5 kwietnia 2014

Błękitna nadzieja - S.C. Ransom


Tytuł: Błękitna nadzieja
Autor: S.C. Ransom
Liczba stron: 256
Wydawnictwo: Amber

Okładka mówi: Zakochani z „Błękitnej Miłości” i „Błękitnej magii” połączeni uczuciem, za które mogą zapłacić życiem… lub śmiercią.

Alexa już wie, że istnieje sposób, by mogli być razem: ona i Callum, jej piękny, widmowy ukochany, chłopak uwięziony pomiędzy światem żywych a umarłych. Jest ktoś, kto potrafi przywrócić go do życia. Lecz nie zamierza wyjawić tego sekretu Alexie. Dla tego kogoś Alexa jest najgorszym wrogiem, którego trzeba zniszczyć. Czy moc magicznej błękitnej bransoletki okaże się potężniejsza niż nienawiść?


Moja opinia: 
               S.C. Ransom jest autorką trzech powieści opowiadających o uczuciu łączącym zwykłą dziewczynę i ducha. Okazuje się, że jest pewien sposób mogący przywrócić uwięzionego między życiem a śmiercią Calluma, jednak osoba nosząca tę tajemnicę nie jest skłonna się nią podzielić. Czy ich plan się powiedzie i będą w końcu mogli być razem? Tego możecie dowiedzieć się czytając Błękitną Nadzieję. 
„Chcę, żebyś wiedziała, że nie zmieniłbym niczego w przeszłości, ani jednego zdarzenia, gdybym przez to miał nie spotkać ciebie.”               
              Swoją przygodę z pierwszą częścią tej powieści zaczęłam kilka lat temu, nie miałam jednak okazji zabrać się wtedy za tomy kolejne, które dane mi było przeczytać dopiero niedawno. Ostatecznie jednak sama nie jestem pewna jak powinnam Błękitną nadzieję ocenić, gdyż wzbudzała we mnie trochę sprzecznych emocji. 
              Styl autorki jest w miarę ciekawy, nie wzbija się jednak dużo wyżej ponad ramy utartej przeciętności, nie zaskakuje niczym. Jest jednak na tyle prosty, że każdy bez większych problemów powinien go zrozumieć. Powieść sama w sobie jest w miarę ciekawa, wciągająca, nie sprawiła jednak, że po jej odłożeniu w mojej głowie wciąż na nowo odtwarzałaby się przeczytana historia. 
              Na plus na pewno zasługuje to, że w stosunku do części pierwszej, kolejne były o wiele bardziej bogate w akcję i emocje. Jest o wiele bardziej dynamiczna, co jest sporym krokiem do przodu. 
              Bohaterka w dalszym ciągu średnio mnie do siebie przekonywała, nie mogę więc powiedzieć, bym darzyła ją zbyt wielką sympatią czytelniczą. 
               Za plus możemy również uznać to, że pojawia się trochę nowych postaci mających niekiedy ciekawe historie, rozwiązanych zostaje wiele zagadek i wszystko zmierza ku ostatecznemu rozwiązaniu.
                Skoro były już plusy, oczywistym jest, że i bez minusów obejść się nie mogło. Mamy dynamikę, to fakt. Są nowe postacie, jest trochę emocji - niestety przedstawione zostają tu takie dramaty, które poruszać mogą raczej jedynie nieco młodsze nastolatki. Mnie niestety nie poruszyły one prawie w ogóle, jednak nie będę zbyt surowa w swej ocenie, gdyż nie można wymagać zbyt wiele od romansu paranormalnego dla młodzieży. 
                Zakończenie również było jak dla mnie nieco zbyt cukierkowe, ostatecznie jednak nie żałuję, że spędziłam trochę swego wolnego czasu na zaznajamianiu się z Błękitną nadzieją, gdyż były to chwile całkiem przyjemne. Polecam ją przede wszystkim nieco młodszym czytelniczkom lubiącym romanse paranormalne, jako czasoumilacz sprawdzi się ona świetnie, nie należy jednak wymagać od tej lektury niczego więcej.
Ocena: 5/10


                                                              ***

Tak, wiem. Oficjalna przerwa na blogu miała trwać według pierwotnej wizji aż do 20 maja, czyli do dnia w którym napiszę swoją ostatnią maturę. Obecnie jednak jestem już na tyle zestresowania nadrabianiem przeogromnych zaległości z wosu, że nie wytrzymałam i po prostu wróciłam z zaległymi recenzjami. Moje nieformalne wakacje właśnie się rozpoczęły, gdyż oceny są już wystawione, szkoła zaczyna świecić pustkami jeśli mowa o maturzystach... Oto więc jestem. Niedługo zacznę wcielać w życie swój plan wizualnych zmian bloga i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Macie jakieś dobre rady jeśli o maturę z wosu chodzi?