środa, 17 września 2014

Pozytronowy człowiek - Isaac Asimov


Tytuł: Pozytronowy człowiek
Autor: Isaac Asimov, Robert Silverberg
Liczba stron: 248
Wydawnictwo: Rebis

Okładka mówi: Nowa technologia pozytronowa stanowi skok jakościowy w dziedzinie sztucznej inteligencji. Jej pierwszy produkt - robot imieniem Andrew, który potrafi tworzyć, uczyć się i przystosowywać do środowiska - jest zarazem ostatnim. Kiedy korporacja produkująca Andrew odkrywa rozliczne talenty robota, postanawia zaprzestać dalszej produkcji, obawiając się nieprzewidywalnych skutków. Lecz rodzina, u której mieszka Andrew, nie zgadza się go oddać, a i sam robot postanawia zdobyć to, na czym najbardziej mu zależy - człowieczeństwo.

Moja opinia: 
           Fabuła Pozytronowego Człowieka nie była mi obca, gdyż wcześniej napotkałam oba filmy powstałe na jego motywach, osobiście jednak jestem większą zwolenniczką starszej wersji. Po usłyszeniu o tym, iż istnieje książkowy pierwowzór, z największą radością zabrałam się za poszukiwania i pełna emocji tego samego wieczoru rozpoczęłam lekturę. Myślałam, że prawdopodobnie czytanie zajmie mi kilka dobrych dni, gdyż rzadko sięgam po ten gatunek, jak jednak było w rzeczywistości?
Zarwałam nockę, gdyż po prostu nie mogłam przerwać czytania – tak bardzo wchłonął mnie świat Andrew. Jest to pozycja naprawdę skomplikowana w swej prostocie i prawdopodobnie dlatego tak bardzo mnie wciągnęła. Wraz z każdą kolejną stroną zgłębiamy się coraz bardziej w świat, w którym roboty można napotkać praktycznie wszędzie i poznajemy szczegółową historię życia jednego z nich.
Asimov w swoim dziele skupia się przede wszystkim na przemyśleniach towarzyszących naszemu głównemu bohaterowi, zaś dopiero kolejne miejsce w hierarchii zajmuje tutaj akcja. Niemniej jednak przemyślenia zawarte w tej powieści były dla mnie niezwykle interesujące, tak więc praktycznie nie odczułam tych wszystkich przeczytanych stron, a zrobiło mi się wręcz smutno gdy zauważyłam, że mam już całą powieść za sobą.
Trzy Prawa Robotyki:

1. Robot nie może skrzywdzić istoty ludzkiej lub - poprzez wstrzymanie się od działania - pozwolić, by stała jej się krzywda.

2. Robot musi wykonywać rozkazy wydawane mu przez istoty ludzkie, z wyjątkiem sytuacji, kiedy byłyby one sprzeczne z Prawem Pierwszym.

3. Robot musi chronić swoje istnienie dopóty, dopóki taka ochrona nie jest sprzeczna z Prawem Pierwszym lub Drugim.
Pozytronowy Człowiek to przede wszystkim opowieść o poszukiwaniu własnego człowieczeństwa oraz o znalezieniu tego czegoś, co w nas owo człowieczeństwo definiuje i sprawia, że jesteśmy czymś więcej niż jedynie maszyną zdającą się na zaprogramowane odruchy.
Styl autora naprawdę przypadł mi do gustu, a zaś sama przygoda z jego dziełem była dla mnie wspaniałą odmianą od nazbyt prostego języka tak wszechobecnego w wielu pozycjach.
Pozytronowy człowiek to naprawdę dobry kawałek literatury, jednak zdaję sobie sprawę z tego, iż większości zapewne może nie przypaść do gustu. Polecam ją zatem przede wszystkim tym, którzy gustują w literaturze fantasy oraz tym, którzy lubią pozycje tak obfite w podobne rozważania. Sama z kolei mam w planach szersze zapoznanie się z twórczością autora.



Ocena: 9/10

niedziela, 14 września 2014

Filmowo: Gwiazd naszych wina (2014)

                O Gwiazd naszych wina słyszało już zapewne dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa, zapewne więc nawet nie muszę po raz kolejny przybliżać ani bohaterów, ani też fabuły. Długo wahałam się nad tym, czy jest w ogóle sens zabierać się za ekranizację w momencie, gdy panuje na nią tak ogromny szał. Któregoś dnia jednak nie miałam totalnie nic do obejrzenia, stwierdziłam więc, czemu nie?
                Nie czytałam książki, dlatego też nie miałam kompletnie żadnych wymagań i oczekiwań względem obsady aktorskiej. Wszyscy wydali mi się zatem całkiem nieźli, przede wszystkim przyjemni dla oka i dość autentyczni, dlatego ten element Gwiazd jest raczej plusem.
                Jeśli mam być szczera - czułam totalny odrzut emocjonalny zarówno od powieści jak i od filmu, gdyż czułam, że na pewno nie będzie to dokładnie to, czego chciałabym się spodziewać. Muszę przyznać, że w przynajmniej małej części miałam rację. 

                Historia przedstawiona w tym filmie jest naprawdę przyjemna, momentami zabawna, czasem nieco bardziej poruszająca i smutna, acz ostatecznie niesie w sobie więcej pozytywów. Pokazuje nam uczucie o którym zapewne marzy każda nastolatka - takie, które nawet w obliczu śmierci nie blaknie, a jedynie rośnie w siłę. Mamy również śmiertelne choroby, z którymi nasi bohaterowie musieli zderzyć się już w tak młodym wieku. Nie wiem, czy tylko ja mam wrażenie, jakoby był to dość popularny motyw w ostatnich latach?
                Mimo tego wszystkiego co jakiś czas nachodziła mnie myśl, że jest to typowy łamacz nastoletnich serc, pod którym poza wzruszającą historią o miłości nastolatków nie kryje się nic więcej. Jestem w stanie zrozumieć ludzkie marzenia o idealizmie i co za tym idzie, o takie właśnie miłości, jaką nam pokazano. I tu pojawiają się schody, gdyż trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę jest ona możliwa?
             
                Szczerze powiedziawszy - uroniłam kilka łez podczas oglądania Gwiazd naszych wina. Nie tyle chodziło jednak o moje wzruszenie historią samą w sobie, gdyż szczerze mówiąc płakałam nad własnymi wspomnieniami. Miałam w rodzinie kogoś bardzo mi bliskiego, kto umarł na poważną chorobę i aż za dobrze wiem, że w realnym życiu takie historie pełniejsze są w prawdziwy dramat, uboższe natomiast o tę szczyptę humoru i sarkazmu, której w GNW nie zabrakło. Niewątpliwym plusem jest również naprawdę przyjemna ścieżka dźwiękowa.

                Myślę, że film ten jest produkcją naprawdę ciekawą, zrealizowaną w porządny sposób. Dostarczy nam trochę humoru, wzruszeń i pokaże nam miłość, o jakiej marzy każda nastolatka. Zwyczajnie nie dotarł on do mojej wrażliwości, polecam go jednak wszystkim innym - z pewnością nie pożałujecie. 

piątek, 12 września 2014

Żądza krwi - Val McDermid



Tytuł: Żądza krwi
Autor: Val McDermid
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Okładka mówi: 
Martwa dziewczyna leży na zakrwawionym materacu z rękami i nogami rozłożonymi w parodii ekstazy. Zginęła w tych samych okolicznościach, co ofiary serii morderstw, która zakończyła się, gdy niezbite dowody doprowadziły do skazania niejakiego Dereka Tylera. Tyler jednak od dwóch lat siedzi w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym i nie mówi prawie nic, oprócz tego, że zabijać kazał mu „Głos”. Psycholog kryminalny, doktor Tony Hill, przypuszcza, że morderstwo nie jest dziełem naśladowcy. Podczas gdy nadinspektor Carol Jordan i jej zespół zastawiają na zabójcę desperacką i niebezpieczną pułapkę, Hill szykuje się do przerażającego starcia z jednym z najbardziej przewrotnych morderców, z jakimi do tej pory miał do czynienia.

Moja opinia:
                Val McDermid  to szkocka pisarka, specjalizująca się w pisaniu powieści kryminalnych.
McDermid pochodzi z miejscowości Kirkcaldy w Szkocji. Po zakończeniu nauki pracowała jako dziennikarka, odnotowała także pewne sukcesy jako dramaturg. Zadebiutowała w 1987 r. powieścią Report for Murder: The First Lindsay Gordon Mystery, która stała się dużym sukcesem czytelniczym. Jeśli chodzi o życie prywatne, McDermid jest lesbijką.
                Ani o Żądzy krwi ani też o Val McDermid nie słyszałam dosłownie nic do czasu, aż moja wspaniała ciocia nie ofiarowała mi w prezencie właśnie tej książki. Po wielu pochwałach zdecydowałam, że niezwłocznie zacznę lekturę, wakacyjne rozleniwienie nie sprzyjało jednak czytelnictwu - tak więc po kilkunastu stronach odłożyłam ,,żądzę" na bok. Bynajmniej nie chodziło o to, że nie wciągnęłam się w wydarzenia lub że była ona słaba. Wręcz przeciwnie.
                Po dwóch miesiącach jednak poczułam palącą potrzebę poznania reszty tej historii i przeczytałam całość praktycznie w kilka godzin. Mimo braku większych wad dość długo wahałam się nad oceną, którą ostatecznie wystawiłam. Dlaczego? O tym trochę później.
                Historia ta sama w sobie jest niezwykle bogata w spojrzenia z perspektywy bezstronnego obserwatora na działania wielu bohaterów, dzięki czemu możemy spojrzeć z wielu stron na wydarzenia. Niektórzy z nich nieco mnie denerwowali, z doświadczenia wiem jednak, że lepszy bohater irytujący od takiego, który nie wzbudza w człowieku kompletnie żadnych emocji. Jeśli miałabym wśród nich wybrać swoich faworytów, bez większego wahania wskazałabym Carol oraz Tony'ego. Nie wiem czy jest to kwestia tego, że to głównie wokół nich kręci się większość powieści, czy też po prostu ich skomplikowana relacja zafascynowała mnie bardziej od pozostałych ukazanych nam relacji interpersonalnych.
                Dzięki ciekawemu zabiegowi jakim jest bezpośrednie przedstawienie psychiki sprawcy, mamy ogromny wgląd w jego osobiste pobudki, odczucia, możemy przejrzeć to, co motywuje go do tak okrutnych czynów. Jak dla mnie był to zabieg niezwykle ciekawy, choć chwilami czytanie tych niezwykle szczegółowych, jakże brutalnych i naturystycznych opisów bywało dla mnie czynnością dość trudną.
                Jeśli chodzi o samo wydanie to nie mam żadnych zastrzeżeń, jest naprawdę estetyczne, nie znalazłam również żadnych błędów w samej książce.
                Żądza krwi naprawdę trzyma czytelnika w napięciu, choć szczerze mówiąc spodziewałam się, że poruszy mnie ona jeszcze bardziej. Z reguły w tego typu powieściach dość szybko zdarza mi się odgadnąć kto jest poszukiwanym mordercą i tym razem również nie było inaczej. Odebrało mi to trochę frajdy, zaś końcowe strony dostarczały mi przede wszystkim przemyśleń typu - ,,Kiedy oni na to wpadną?"

                Niemniej jednak styl autorki przypadł mi do gustu tak bardzo, jak duet głównych bohaterów dlatego też bez większego wahania sięgnę po kolejne powieści. Żądza Krwi jest naprawdę ciekawą pozycją, tak więc polecam ją wszystkim fanom kryminałów i nie tylko. 

Ocena: 7/10

                                                                               ***
Ostatnio rzadko pojawiałam się tutaj - było to spowodowane głównie moimi przygotowaniami do przeprowadzki. Za nieco ponad tydzień zostanę już oficjalnie mieszkanką Warszawy i jestem tym faktem nieco przerażona, gdyż kompletnie nie znam tego miasta. Ale cóż, studia ponoć są najlepszym okresem życia i właśnie w to chcę wierzyć!