poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Serialowo: Forever



              Pochłonięta głębokim kacem serialowym zaczęłam rozpaczliwie szukać czegoś, co pomogłoby mi nieco odciągnąć myśli od wcześniejszego rozczarowania oraz problemów codzienności. Przypadkiem trafiłam na raczej słabo znany u nas serial o miło brzmiącym tytule Forever.
              Głównym bohaterem jest Henry, angielski gentelman zmagający się z dość niecodziennym problemem, mianowicie - nie może umrzeć. Za każdym razem gdy w jakiś sposób straci życie, odradza się na nowo... w wodzie. Oprócz tego z zawodu bada śmierć i pomaga niezwykle urokliwej pani detektyw rozwiązywać coraz to kolejne sprawy zgonów, owianych nutą tajemnicy i intrygi.
              Przyznam szczerze, że dla mnie tuż po przeczytaniu cały ten opis zabrzmiał szalenie abstrakcyjnie i nie byłam do końca przekonana odnośnie tego, czy aby na pewno warto zabrać się za oglądanie. Mimo wszystko stwierdziłam, że zawsze warto dać szansę na wykazanie się i w najgorszym przypadku Forever zostanie dla mnie źródłem inspiracji do wyrażania negatywnych emocji po obejrzeniu.
              Na szczęście jednak tak się nie stało, gdyż urzekło mnie wszystko - od głównego bohatera aż po sam klimat całej produkcji. Dosłownie uwielbiam jego garnitury oraz całościową prezencję, naprawdę. To właśnie Henry zdobył moją największą sympatię, praktycznie już od pierwszych minut seansu. Jeśli chodzi o grę aktorską samą w sobie - jest naprawdę w porządku, a nawet jeśli pojawiają się jakieś niedociągnięcia na tym polu, nie zwrócimy na nie uwagi dzięki wszystkim pozostałym elementom, które naprawdę dobrze takie braki rekompensują.
              Jeśli miałabym określić nastrój tej produkcji to z pewnością powiedziałabym, że jest ona dość pozytywna, mimo wszechogarniającej śmierci i skomplikowanych spraw do rozwiązania.
              Obecnie mam za sobą zdecydowanie większą część sezonu dzięki czemu stwierdzić mogę, iż pojawiają się tu lekkie podobieństwa do innych produkcji - główna postać bez wątpienia ma w sobie coś z Sherlocka, badanie 'śmierci' z kolei nieco przypomina mi wątki z Bones. Na plus zasługuje cały motyw związany z drugim nieśmiertelnym, nie mogę jednak zdradzić niczego więcej bez wdawania się w szczegóły.
              Mam nadzieję, że autorzy nie zniszczą sporego potencjału ukrytego w Forever i utrzymają poziom, bo póki co jest naprawdę dobrze, a mam nadzieję, że będzie tylko lepiej. Polecam fanom lekkich, pozytywnych serii z wątkiem fantastycznym w tle.

piątek, 3 kwietnia 2015

The Walking Dead. Narodziny Gubernatora - Robert Kirkman, Jay Bonansinga


Tytuł: The Walking Dead. Narodziny Gubernatora
Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga
Liczba stron: 364
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Okładka mówi:
 Aż w końcu przyszedł czas na pierwszą z serii powieści opowiadających historię kultowych postaci z uniwersum The Walking Dead.
Gubernator. Ten rządzący Woodsbury despota znany jest z własnego, chorego poczucia sprawiedliwości: w jej imieniu zmusza więźniów do walki z zombie ku uciesze miejscowych, a tym, którzy wejdą mu w drogę, odcina ręce i nogi. Kiedy tylko pojawił się w komiksowym cyklu Żywe trupy, został okrzyknięty przez magazyn Wizard "Złoczyńcą roku", a jego postać do dziś wzbudza wśród czytelników kontrowersje.
Nadszedł czas, by sięgnąć do korzeni. Dzięki książce, którą trzymasz w ręku, dowiesz się, jak Gubernator stał się tym, kim jest, jak trafił do miejsca, w którym po raz pierwszy ujrzeli go fani serii, i co sprawiło, że wykurzył Ricka i jego towarzyszy z ich bezpiecznej przystani.


Moja opinia:            
                Zgaduję, że każdy sięgający właśnie po tę powieść miał już wcześniejszą styczność z komiksowym lub serialowym pierwowzorem. Sama oglądałam jedynie jakieś urywki starszych odcinków i kilka najnowszych na bieżąco - tak, mój mężczyzna jest fanem. Mniej więcej orientowałam się w fabule i kojarzyłam postać wielkiego gubernatora, gdy zabierałam się do lektury. Jakie są moje wrażenia po przeczytaniu?
                Narodziny gubernatora to według mnie powieść dość krótka. Bardzo podoba mi się okładka - przedstawia najprawdopodobniej Penny, czyli kluczową postać. Niewątpliwie trafnie oddaje ona klimat całości książki.
                Pierwszym moim przemyśleniem jakie nasunęło się w trakcie czytania było to, że pozycja ta dosłownie obfituje w przekleństwa. Praktycznie na każdej stronie znajdziemy  ich kilka, a niektóre wypowiedzi bywają właśnie tylko z nich złożone. Nie jestem osobą wzdrygającą się przy ostrzejszych słowach, tutaj jednak było ich jakby za dużo. Zdecydowanie za dużo.
                Mamy tutaj również sporo napięcia, emocji, chwilami naprawdę dużą dawkę akcji i brawurowych ucieczek. Na pierwszy plan wysuwają się kreacje poszczególnych bohaterów - złożone, choć jak dla mnie trącą potencjalną patologią już od samego początku. Sama nie wiem czy ten wniosek jest bardziej winą mojej niechęci do pewnych zachowań, czy raczej tego, że średnio polubiłam wszystkich głównych bohaterów.
                Biorąc Narodziny gubernatora do ręki zastanawiałam się nad tym, w którą stronę autorzy pójdą z fabułą. Będą chcieli dopowiedzieć początek tej historii, której zakończenie większość zna aż za dobrze? Zrobią to w sposób dokładny, ciekawy acz bez rewelacji, a może wrzucą coś co w teorii będzie miało zaskoczyć wszystkich, włącznie z tymi, którzy znali wszystkie najdrobniejsze szczegóły serialu?
                Niestety, poszli w tą drugą stronę i gdybym była wielką fanką - raczej nie poczułabym się usatysfakcjonowana tym, czego dowiadujemy się na samym końcu.
                Książka dzieli się na poszukiwanie schronienia, walkę z zombie, chwilę spokoju by następnie znów przejść do poszukiwań. Akcja przeplata się z jednostajnością, opisy trudnej codzienności zmieniają się z niezwykle naturalistycznymi opisami flaków, gnijących ciał i ludzkich szczątków. Mamy sporo kontrastów, to samo powiedzieć można o postaciach zestawionych na kartach powieści.
                Długo nie mogłam się zdecydować jaką ocenę powinnam wystawić, ostatecznie jednak podjęłam właśnie taką decyzję jaką widać poniżej - głównie za czarne charaktery, ich kreację. Owszem, nie lubiłam ich. Ale czy nie takie było zamierzenie autorów?
                Sama nie umiem jednoznacznie powiedzieć, czy polecam, czy też odradzam. Sama bardziej skłaniam się ku wersji serialowej, a wszystkim znającym The Walking Dead z innego źródła niż książka - skłaniam do samodzielnego podjęcia decyzji, bowiem to co tam można znaleźć niekoniecznie musi usatysfakcjonować wszystkich. 

Ocena: 6/10