piątek, 26 lutego 2016

Zaginięcie - Remigiusz Mróz


Tytuł: Zaginięcie
Autor: Remigiusz Mróz
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Czwarta strona
Tom: #2

Okładka:
Doświadczona prawniczka, Joanna Chyłka, i jej początkujący podopieczny, Kordian Oryński, podejmują się obrony małżeństwa, któremu prokuratura stawia zarzut zabójstwa. Proces ma charakter poszlakowy, mimo to wszystko zdaje się wskazywać na winę rodziców – wszak gdy wyeliminuje się to, co niemożliwe, cokolwiek pozostanie, musi być prawdą…

Moja opinia:
                W książkowym świecie dało się naprawdę wiele usłyszeć o Remigiuszu Mrozie. Do tego stopnia, że nawet ja - początkowo dość nieprzychylnie nastawiona do obcowania z rodzimym autorem powieści okrzykniętych mianem thrillerów prawniczych, kojarzyłam jego nazwisko. O moim sceptycznym podejściu chyba nawet nie trzeba wspominać, jestem również prawie pewna, że nie sięgnęłabym po Zaginięcie, gdybym akurat nie natrafiła na nią wśród biedronkowych promocji. Świetna okładka i bardzo ładne wydanie zawładnęły mną do tego stopnia, że powędrowałam do kasy. Jak zmieniło się moje zdanie po przeczytaniu całości?
                Przed rozpoczęciem przygody wraz z bohaterami pozwoliłam sobie przeczytać rekomendacje umieszczone na wewnętrznej stronie okładki, gdzie w pięknych słowach opisano główną bohaterkę. Naprawdę trudno jest stworzyć postać, która będzie jednocześnie zniewalająco błyskotliwa i czarująco wredna, lecz czy autorowi się udało?
                Całość skupia się przede wszystkim na niezwykle napiętych i przepełnionych chemią relacjach łączących Joannę Chyłkę z jej podopiecznym, Kordianem Oryńskim. Duet ten podejmuje się obrony małżeństwa podejrzanego o zabójstwo swojej trzyletniej córeczki. Całość składa się głównie z poszlak i nic na pierwszy rzut oka nie wskazuje winy żadnego z bohaterów, lecz jaka okaże się prawda? 
                Całość rozpoczyna się naprawdę przyjemnie, może lekko schematycznie jednak naprawdę nie ma większych powodów do narzekań. Nie mam większych zarzutów do stylu jakim posługuje się autor, gdyż akurat ten jest w miarę bogaty i jak wcześniej wspomniałam, przyjemny w odbiorze. Doznałam zaś zaskoczenia jeśli chodzi o język i jego bogactwo, czy też o liczbę przeróżnych słów rodem ze slangu, oraz spolszczonych w pisowni słów wyjętych z języka angielskiego. Chciałoby się rzec, iż Remigiusz Mróz na tym polu radzi sobie niczym prawilny ziomek z ulicy. 
                Bohaterów w znacznej większości polubiłam, gdyż wydawali mi się dość realni. Mam dziwne wrażenie, że każdy z nas ma w swoim życiu jakąś Angelikę z liceum, na którą reagowałby identycznie jak Chyłka na panią Szlezyngier. Moim osobistym faworytem zdecydowanie jest Kordian (zwany również Zordonem), który od początku wydawał mi się przyjemnym facetem. Chwilami wręcz do przesady drażniła mnie Joanna, którą bynajmniej nie można określić mianem czarująco wrednej. Zbyt często była po prostu chamska i nieprzyjemna dla otoczenia bez większego powodu. Mimo wszystko wywołała we mnie jakieś emocje, za co należy przyznać plus autorowi. 
                Po otworzeniu Zaginięcia wciągnęłam się w historię tak bardzo, że odłożyłam ją dopiero po kilku dobrych godzinach. Spędziłam przy niej naprawdę fajny czas, jednak oprócz sporej liczby pozytywnych przemyśleń wywołała u mnie również kilka negatywnych, najpierw przejdę więc do tych drugich. 
                Cały wątek kryminalny był z pozoru skomplikowany, w praktyce jednak okazał się być... Zbyt prosty. Bardzo szybko udało mi się wytypować sprawcę i przewidzieć zakończenie, a przyznam, że liczyłam na nieco lepszą zagadkę do rozwikłania. Mieszane uczucia wywołały we mnie opisy i wszystkie fragmenty związane z więzieniem oraz przebiegiem rozpraw. Tak się ciekawie złożyło, że moja mama pracuje w więzieniu, a ja studiuję prawo - więc realia znam aż za dobrze. Wszystko to oczywiście nie jest jakąś wielką ujmą dla całości, o ile oczywiście rozgraniczymy historię zawartą od Zaginięcia od życia realnego. Mimo wszystko sam autor wspomniał na końcu o niektórych zmianach jakich dokonał, dlatego też ten drobny fakt nie miał większego wpływu na moją ocenę. 
                Ostatnim elementem drażniącym mnie w tej pozycji były przedziwne imiona bądź przydomki, które napotykamy na każdym kroku. Chwilami czułam sie dosłownie jakbym znalazła się w bardzo wyjątkowym miejscu, otoczona z każdej strony Jessicamii, Brajanami i innymi Kordianami z sąsiedztwa. (Awit? Kordian/ Zordon?)
                Mimo wszystko obawiałam się czegoś o wiele gorszego, dostałam zaś całkiem przyjemną i wciągającą powieść z wątkiem kryminalnym. Dzięki tej pozycji odzyskałam trochę wiary w naszych rodzimych autorów i mam nadzieję, że w kolejnym tomie autor uraczy nas nieco bardziej skomplikowaną i równie wciągającą zagadką. Sama z chęcią sięgnę po kontynuację, ciekawi mnie przede wszystkim rozwinięcie wątku dwojga głównych bohaterów.



***
W serii zrecenzowałam:

sobota, 13 lutego 2016

Przeczytane lecz nie zrecenzowane - styczeń 2016

Każdy z nas trafia czasem na książkę, o której po lekturze z wielu powodów ciężko nam cokolwiek konkretnego powiedzieć. Czasem jest to wina negatywnych przemyśleń, czasem zaś po prostu rozczarowaniem spowodowanym zbyt wysokimi oczekiwaniami. W tym wpisie chciałam w kilku słowach wypowiedzieć się o książkach, które zagościły w mojej styczniowej biblioteczce. 

#1 Maya Banks - Dom dla ukochanej 


Jewel Henley i Piers Anetakis spędzili ze sobą upojną noc. Nie mieli pojęcia, że następnego dnia spotkają się w pracy w relacji podwładna i jej szef. Piers natychmiast rozwiązuje umowę z Jewel, która miała być jego nową asystentką. I nie jest to koniec jej problemów. Wkrótce bowiem odkrywa, że spodziewa się dziecka, a jej ciąża jest zagrożona. Decyduje się poprosić Piersa o pomoc. Rozwiązanie, jakie on proponuje, kompletnie ją zaskakuje...

Jak wiadomo nie od dziś - nie jestem największą fanką harlequinów i raczej już nigdy nią nie będę. Czemu zatem sięgnęłam właśnie po tę pozycję? Powód jest bardzo prosty. Natknęłam się wcześniej na pierwszą część serii Bez Tchu, której autorką jest właśnie Maya Banks i najzwyczajniej w świecie zapragnęłam zestawić je w małym porównaniu z innymi powieściami. Można znaleźć wiele cech wspólnych łączących postaci z obu tych serii, powtarza się chociażby motyw ciężkiego dzieciństwa, rodzin zastępczych, zawsze również pojawia się facet, który w magiczny sposób ratuje całą sytuację. Historia ta jest napisana dość przyjemnie, czyta się ją niezwykle szybko i bezstresowo, jednak bynajmniej nie zapada nam w pamięć. Jest najprościej mówiąc - typowa, dość przewidywalna. Jeśli ktoś lubi podobne klimaty - polecam. Jeśli nie - obiecuję, że wcale nic nie stracicie jeśli nie sięgniecie po Dom dla ukochanej. 

niedziela, 7 lutego 2016

Mechaniczna księżniczka - Cassandra Clare


Tytuł: Mechaniczna księżniczka
Autor: Cassandra Clare
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Mag
Tom: #3

Okładka:
Mroczna sieć zaczyna się zaciskać wokół Nocnych Łowców z Instytutu Londyńskiego. Mortmain planuje wykorzystać swoje Piekielne Maszyny, armię bezlitosnych automatów, żeby zniszczyć Nocnych Łowców. Potrzebuje jeszcze tylko ostatniego elementu, żeby zrealizować swój plan. Potrzebuje Tessy Gray, Charlotte Branwell, szefowa Instytutu Londyńskiego, rozpaczliwie stara się znaleźć Mortmaina, zanim ten zaatakuje. Ale kiedy Mortmain porywa Tessę, chłopcy, którzy roszczą sobie równe prawa do jej serca, Jem i Will, zrobią wszystko, żeby ją uratować. Bo choć Tessa i Jem są zaręczeni, Will jest zakochany w niej jak zawsze.

Moja opinia:
                Znacie to uczucie, kiedy macie przed sobą finał jakiejś powieści i bardzo chcecie przeczytać, ale jednocześnie odwlekacie ten moment, by nie musieć żegnać się z bohaterami? Mniej więcej tak wyglądało to w moim przypadku, gdy tylko zaczynałam myśleć o Mechanicznej Księżniczce. Cała seria już od paru dobrych lat jest dostępna na rynku, mimo to ja dopiero niedawno zakończyłam jej czytanie, dawkując sobie przyjemność związaną z lekturą każdego kolejnego tomu. Diabelskie Maszyny wywarły na mnie naprawdę dobre wrażenie, jednak czy finał wypadł tutaj lepiej niż w Darach Anioła? O tym już za chwilę. 
                Bohaterom zagrażają Diabelskie Maszyny kierowane przez napędzanego zemstą Mortmaina, ktoś uparcie próbuje odebrać instytut z rąk Charlotte, a na domiar złego gwałtownie pogarsza się stan zdrowia Jema. Sprawy nabierają niesamowitego tempa, a w środku tego wszystkiego jest również Will, skrywający swoją miłość do Tessy przed najlepszym przyjacielem. Jak może wyglądać finał całej tej historii? 
                Wszystkie książki napisane przez Cassandrę Clare mają swój specyficzny klimat, który bez wątpienia potrafi rozpoznać każdy zagorzały fan nocnych łowców. Znakiem rozpoznawczym autorki są przeróżne ciekawe sentencje oraz przede wszystkim ociekające sarkazmem poczucie humoru, które potrafiło rozluźnić atmosferę nawet w najstraszniejszych momentach. Mechaniczna księżniczka różni się jednak nieco od poprzedniczek tym, że w niej mamy więcej wzruszeń, chwil smutnych i trudnych jednocześnie, a żarty zostają odłożone bardziej na bok, choć oczywiście i one przewijają się od czasu do czasu. Można by pomyśleć, że przez taki zabieg finałowy tom coś straci, według mnie jednak było to wyjątkowe dobre rozwiązanie, które dodało do całości nieco więcej dojrzałości. 
                Styl autorki pozostaje niezmienny - nadal jest równie plastyczny i wciągający, choć oczywistym jest, że są tam fragmenty zarówno te lepsze jak i nieco nudniejsze. Dokładne opisy pozwalają nam wyobrazić sobie wszystko razem z najdrobniejszymi szczegółami, które oczywiście nie zostają pominięte. 
                Byłam szczerze ciekawa w jaki sposób zostanie rozwiązany wątek trójkąta miłosnego, stworzonego na zasadzie "wszyscy kochają wszystkich" acz nie spodziewałam się, że autorka rozwiąże to właśnie w taki sposób. Moja wyobraźnia podsuwała mi nieco bardziej radykalne rozwiązania, jednak nie mogę powiedzieć bym nie była usatysfakcjonowana Mechaniczną Księżniczką. 
                Jeśli miałabym porównać zakończenie Diabelskich maszyn do Darów Anioła, to jednak pierwsze z nich jest nieporównywalnie lepsze i ciekawiej poprowadzone od tego drugiego. Nie od dziś wiadomo, że "więcej" wcale nie znaczy "lepiej", przez co mam na myśli liczbę stron czy właśnie ilość tomów. 
Całość obfituje w zagadki, wartką akcję, ogromną ilość smutku, sarkazmu oraz uwielbiane przez wszystkich wątki romantyczne. Zakończenie zostaje podsumowane epilogiem osadzonym w stosunkowo odległej przyszłości, co dla mnie było przyjemnie zaskakującym elementem. 
                Z czystym sumieniem polecam wszystkim Mechaniczną Księżniczkę, jest ona naprawdę godnym podsumowaniem całej serii i na pewno sprawi, że nie będziecie rozczarowani.





W serii ukazały się:
3. Mechaniczna księżniczka


środa, 3 lutego 2016

Amber - Gail McHugh


Tytuł: Amber
Autor: Gail McHugh
Liczba stron: 473
Wydawnictwo: Akurat
Tom: #1

Okładka:
Życie Amber Moretti zmienia się nie do poznania. Osierocona outsiderka, która przez całe życie zmagała się z koszmarami dzieciństwa, pragnie za wszelką cenę rozpocząć nowe życie jako studentka. Kiedy pojawia się na uniwersytecie po raz pierwszy, spotyka dwóch mężczyzn, najlepszych przyjaciół, którzy wnoszą do jej mrocznej egzystencji kolor, świeży powiew powietrza i światło.

Moja opinia:
                Dwóch różnych mężczyzn. Jedna dziewczyna. Dramatyczna przeszłość, skomplikowana teraźniejszość. Jaki może być finał tego wszystkiego? 
                Na wieść o premierze Amber poczułam lekkie przerażenie. Gail McHugh w swoich dwóch wcześniejszych pozycjach naprawdę mnie rozczarowała, szpikując Pulsce oraz Collide przeróżnymi utartymi schematami, co na długo zniechęciło mnie do jej twórczości. Ostatecznie doszłam do wniosku, że być może warto dać tej pozycji szansę i z dozą niepokoju otworzyłam pierwszą stronę, podświadomie szykując się na ogrom rozczarowania. 

wtorek, 2 lutego 2016

Wyniki - Rocznicowy konkurs z Ember in the Ashes



             Na początku chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie. Zorganizowanie go było dla mnie wielką przyjemnością i w tym momencie mogę zapowiedzieć, że niedługo pojawi się kolejny konkurs - tym razem nagrodami będą przeróżne zakładki do książek ;) Niestety w międzyczasie zachorowałam, stąd to jednodniowe opóźnienie w opublikowaniu wyników.

            W pewnych kwestiach jestem tradycjonalistką, dlatego postawiłam na odręcznie pisane losy. Teraz jednak przejdźmy do najważniejszej części - komu moja ręka przyniosła dziś szczęście?





Z radością informuję, że nagrodę zdobywa...



          Gratuluję i dziękuję pozostałym za wzięcie udziału. Niedługo pojawi się kolejny konkurs, tak więc... wypatrujcie go! ;)